Recenzja filmu Kler (2018)
Wojciech Smarzowski

Milczenie pasterzy

Mimo komediowych akcentów „Kler” jest filmem ciężkim, poważnym i przytłaczająco gorzkim. Wojna o dusze niebanalnie nakreślonych postaci nie sprowadza ich dramatu do prostej, etycznie dwustronnej ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Kler (2018)
Ilość kategorii, w jakich można rozpatrywać „Kler” zdumiewa do tego stopnia, że jego analiza na płaszczyźnie czysto krytycznofilmowej wydaje się wręcz awykonalna. „Kler” to happening eksponujący zmowę milczenia hierarchów Kościoła, będącej responsem na wewnątrzinstytucjonalną przestępczość. „Kler” to apel o uniesienie dywanów w diecezjalnych kuriach i uprzątnięcie tego, co przez lata pod nie zamiatano. „Kler” to kolejna linia podziałowa narodu polskiego na zwolenników i przeciwników, oskarżycieli i obrońców. „Kler” to kolejny pretekst do ideowo-politycznych dyskursów. „Kler” to kolejny medialny temat zastępczy. „Kler” to kolejny film Wojciecha Smarzowskiego...

A Wojciech Smarzowski nigdy nie unikał prowokacji. Zadeklarowany członek nieformalnego ruchu Kultura Niepodległa nie boi się zabierać głosu w sprawach najdelikatniejszych, co czyni zarówno z tyłu kamery, jak i w wywiadach. Jeśli dany kontrowersyjny temat jest poruszany w dialogu publicznym opieszale czy też niechętnie brany na warsztat przez artystów, możemy być niemal pewni, że wcześniej czy później trafi do pracowni naszego dyżurnego reżysera od brudnej roboty. O tym, że ona popłaca, niech świadczy choćby pasmo będących jego udziałem sukcesów, którego „Kler” z całą pewnością nie przerwie. Premiera najbardziej wyczekiwanego filmu polskiego Anno Domini 2018 nie tylko wysłała do kin znaczną część naszego narodu, ale i stała się tyleż ważnym, ileż newralgicznym punktem zapalnym w ogólnokrajowej debacie.



Sam twórca, pytany o powody eksploracji tak konfliktowej problematyki, odpowiedział, że zależało mu na ukazaniu ludzkiej twarzy tytułowego kleru i odarciu go z przypisywanego mu przez dużą część polskiego społeczeństwa sakralno-cudownego charakteru. Zwiastun mógł skutecznie zachęcić wszystkich amatorów rodzimej kinematografii z gatunku tej ostrzejszej. Takiej z mocnym tematem na celowniku, w której odważny humor przeplatają szarpiące nerwy sceny, a bohaterowie nie przeklinają tylko wtedy, gdy uprawiają seks, piją alkohol, wymiotują lub pijani śpią. Granica między tanim skandalizmem a poczuciem dobrego smaku jest tu nieprawdopodobnie cienka, a Wojciech Smarzowski ustawicznie na niej balansuje, choć w owej estetycznej ekwilibrystyce – trzeba przyznać – radzi sobie całkiem nieźle. Rockujących w trailerze do utworu Kultu „Maria ma syna” pijanych księży, rzucającego bluzgami w biskupiej szacie Janusza Gajosa i przyprawiającego pikantną trawestacją duszpasterskiej mowy łóżkowe wybryki Roberta Więckiewicza niektórzy czytali jako obietnicę grubej farsy, ale niczego takiego nie dostaliśmy. Mimo komediowych akcentów „Kler” jest filmem ciężkim, poważnym i przytłaczająco gorzkim. Wojna o dusze niebanalnie nakreślonych postaci nie sprowadza ich dramatu do prostej, etycznie dwustronnej konfrontacji, a widz szybko gubi się w kolorystyce adresowanych do nich uczuć, co jest stuprocentowym plusem.



W jednej z pierwszych scen zaglądamy za kościelne kulisy, a ściślej – na plebanię, gdzie księża Andrzej Kukuła, Tadeusz Trybus oraz Leszek Lisowski (w których to rolach wystąpili odpowiednio: Arkadiusz Jakubik, Robert Więckiewicz i Jacek Braciak) zapijają traumę po niedoszłej tragedii sprzed lat. Ich pyszna swawola, bezkarność i, na pierwszy rzut oka, niefrasobliwe życie ponad prawem mogą świadczyć o sztampowej konstrukcji charakterów, choć to jedynie pozory. Im głębiej rozwijających się patologii sięga skalpel wiwisekcji kościelnego organizmu, tym mniej jednoznaczny ich obraz dostaje widz. Okazuje się wówczas, że krótkowzrocznie oceniane problemy nie tylko sięgają w rzeczywistości wyższych szczebli hierarchii Kościoła czy starszych kart jego historii, ale i znacznie wychodzą poza samą instytucję, którą w związku z powyższym ciężko przyjąć za podmiot o charakterze zamkniętym. Smarzowski dokonuje również fenomenalnej zamiany ról na linii oprawca-ofiara. Gdy tylko Bogu ducha winna społeczność biednych, zmanipulowanych, zastraszonych, prostych ludzi zostaje przeciwstawiona bezwzględnej machinie z motywami sakralnymi w insygniach, której zimne, metaliczne macki sięgają najwyższych szczebli władzy, pociągają najgrubsze sznurki i żonglują plikami banknotów o największych nominałach, obiektyw kamery sprawiedliwie szuka aktów dobroci w świecie sutanny, stuły i koloratki. Perspektywa ulega zmianie, a wyniośli dostojnicy okazują się ludźmi tak samo skonfliktowanymi moralnie i skomplikowanymi osobowościowo, jak każdy z nas, a niejednokrotnie powierzchownie ocenianymi, pomawianymi i zaszczuwanymi. 
 


Spopularyzowana w pewnych kręgach krytyka filmu jako wymierzonej przeciwko instytucji Kościoła prostackiej propagandy nie ma najmniejszego uzasadnienia w faktach. Reżyser przyznaje, że pisząc, wspólnie z Wojciechem Rzehakiem scenariusz, konsultował go z szerokim gronem osób, którego znakomitą część stanowili właśnie księża. Wielu z nich widziało zresztą efekt końcowy i wypowiedzieli się na jego temat bardzo pozytywnie, co nie powinno dziwić. Wyznał on również, że większość scen odbywających się w świątyniach była kręcona za granicą, gdyż w Polsce było to mocno utrudnione czy wręcz niemożliwe. Jakby tego było mało, logo Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który produkcję współfinansował, pojawia się od jakiegoś czasu w kontekście politycznych lustracji i kontrowersyjnych decyzji kadrowych. Można pokusić się o stwierdzenie, że Polska nie jest jeszcze gotowa na taki film, ale... być może właśnie dlatego takiego filmu potrzebuje! Milczenie zostaje przerwane z siłą huraganu, lecz tabu przełamane z klasą.




Tradycyjnie zwraca tu uwagę ascetyczność formy. Rozedrgana kamera, naturalizm czy unikanie ozdobników to flagowe już cechy stylu Wojciecha Smarzowskiego, co nie znaczy, że jego kinematograficzny język zupełnie poddaje się restrykcjom prostoty wyrazu. Krzycząca gdzieś pod skórą poetyka niektórych scen nie rozmywa ich dosadnej symboliki, znacznie wykraczającej poza ramy narracji i dorastającej do skali przekazu. Zupełnie jakby twórca "Domu złego" pukał w czwartą ścianę. Perfekcyjnie wgryzają się w tę surową materię dźwięki minimalistycznego, a mimo to jakże potężnego soundtracku, autorstwa Mikołaja Trzaski. Na podobne superlatywy zasługuje też aktorstwo, którego niebagatelny poziom nie jest w przypadku takiego Janusza Gajosa żadną niespodzianką, ale moim prywatnym faworytem jest przy tej okazji niesamowity Arkadiusz Jakubik. Odrobinę razi lekko przesadzona ilość przekleństw i scen konsumpcji alkoholu, podobnie jak pewna programowość, w którą wpisuje się dzieło. Nawet ktoś, kto przegapi jakimś cudem cały ten klerykalny zgiełk, nie będzie miał najmniejszych wątpliwości odnośnie tego, czyj ogląda film.



Smarzowski nie rysuje Kościołowi katolickiemu ani laurki, ani karykatury. Powstrzymując się od ekspresji subiektywnego spojrzenia na religijność wygrywa rzetelnym ujęciem tematu i odrzuceniem pokusy zaprezentowania czarno-białej wizji instytucji. W najnowszym jego utworze kler nie zostaje ani rozgrzeszony, ani wiecznie potępiony. Zamiast tego zostaje wezwany do pokuty za swoje przewinienia i do zadośćuczynienia tym, których skrzywdził, a zatem – potraktowany uczciwie.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (49 głosów).
pkepinski
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)