Recenzja filmu Avengers: Czas Ultrona (2015)
Joss Whedon
Waldemar Modestowicz

Na początku (i na końcu) był chaos

"Avengers: Czas Ultrona", choć przypomina serial (żadna część serii Marvela nie jest autonomiczną całością), jest przeciwieństwem np. "Gry o tron". Nie obchodzą nas ...
Filmweb sp. z o.o.
Na wstępie odpowiedzmy sobie na ważne pytanie: czy świat potrzebuje superbohaterów? Rozrywki – jasne. Superbohaterów – niekoniecznie. Kapitana Amerykę można przecież zastąpić archeologiem, paleontologiem, kimkolwiek. Komiksy sprzedają się dzisiaj jak świeże bułeczki, toteż producenci sięgają do kanonu i kręcą hity. Ale! moda przemija, a – o zgrozo! – między "Avengers" i "Transformers" granica jest coraz cieńsza. Wie o tym, i nie zgadza się z tym, Joss Whedon – dlatego jego dni w Marvelu są policzone.

Mściciele wracają w "Czasie Ultrona" w starym składzie. Thor (Chris Hemsworth) nadal ciska gromami, Hulk (Mark Ruffalo) demoluje miasta i miasteczka, a Iron Man (Robert Downey Jr.) żartem potrafi poturbować mocniej niż żelazną pięścią. Resztę drużyny znacie: chłopiec z tarczą (Chris Evans), który uciekł z parady z okazji Dnia Niepodległości, Sokole Oko (Jeremy Renner) i Czarna Wdowa (Scarlett Johansson). Tym razem grupa Mścicieli musi poradzić sobie z – nie, nie z kosmitami! – Ultronem (James Spader), czyli "programem utrzymania światowego pokoju", który wymknął się Starkowi (Iron Manowi) spod kontroli.  Jesteśmy w domu.


Bez ceregieli: "Avengers: Czas Ultrona" to Himalaje grafomanii. Czego tutaj nie ma? Rozpędzony pociąg z niewinnymi obywatelami, porzucone dzieciaki, które utknęły na linii ognia, walące się mosty, deszcz samochodów, wreszcie – spinająca film klamra, tj. BUM! bla, bla, bla BUM! Innymi słowy – Whedon (albo producenci?) startuje i finiszuje w podobnym, przyspieszonym tempie. Między tymi dwoma oklejonymi dynamitem filarami znajduje się skrawek scenariusza, w którym dominują: gadka–szmatka, humoreski wołające o pomstę do nieba, spięcia w piaskownicy, igraszki z młotem Thora tudzież minidemolki w bazie Mścicieli.

Wytwórnia miesza, miksuje, w konsekwencji sprzedaje produkt w pakiecie z gadżetami. Nie dość, że producenci (Whedon?) do jednego blockbustera wrzucają tuzin herosów z różnych komiksów, to jeszcze sięgają po postacie spoza uniwersum Marvela, ba, z klasycznych animacji Walta Disneya. Przykład? Pinokio z rosyjskim(?) akcentem w butach marki Addidas! Nawiasem mówiąc, drewniany chłopiec (Aaron Taylor–Johnson) z "Czasu Ultrona" nie jest godzien rozwiązać rzemyków u sandałów Quicksilverowi, którego w ubiegłym roku oglądaliśmy w filmie "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie".

À propos Biblii – w mechaniczne usta Ultrona scenarzysta upchnął znośne anegdotki nawiązujące do symboliki "Pisma Świętego" (np. aluzja do misji Noego). Chapeau bas, Panie Whedon! Oczywiście "Czas Ultrona" ma więcej plusów. Do spółki z Brucem Bannerem (Hulk) możemy posłuchać fragmentu opery "Norma" Felice Romaniego oraz Vincenzo Belliniego, a i zdarza się, że tytułowy antagonista powie coś, co widzowi akurat ciśnie się na usta (np. "Thor, ależ ty mnie irytujesz!"). Podobać może się również to, iż producenci (Whedon?) poświęcili więcej czasu postaciom marginalnym, Sokolemu Oku i Czarnej Wdowie, tym bardziej że uczłowieczają one – o ile można mówić o realizmie w adaptacji komiksu – drużynę Mścicieli.


Wróćmy na ziemię. "Czas Ultrona" opowiada, niestety, o konflikcie globalnym. Brakuje w nim intymności, wnętrza bohaterów (zainteresowanych tematem odsyłam do trylogii (OK, dwóch pierwszych filmów) Nolana, Raimiego i do "Watchmen: Strażników" Snydera). Gwoździem do trumny są zresztą sami protagoniści, którzy w nowych "Avengers" ograniczają się do prężenia muskułów i "rzucania" – na zmianę – albo tzw. sucharami, albo moralizującymi frazesami. Nick Fury (Samuel L. Jackson) temperuje Kapitana Amerykę, kiedy ten używa wulgaryzmów, z kolei gdy Kapitan Ameryka narzeka na postęp technologiczny, Iron Man groźnie zerka spod przyłbicy. Błędne koło. Przełknąłbym regularne ujadanie Mścicieli na wojujących drani, gdyby nie fakt, że Whedon estetyzuje przemoc, a pacyfistyczny manifest mieści w nudnych dialogach i patetycznych hasłach.

"Avengers: Czas Ultrona", choć przypomina serial (żadna część serii Marvela nie jest autonomiczną całością), jest przeciwieństwem np. "Gry o tron". Nie obchodzą nas bohaterowie Whedona (producentów?) ani ich deklaracje. Wprawdzie drzemkę uniemożliwiają efekty dźwiękowe i wizualne, ale suspens to pojęcie obce hegemonom ze stajni Marvela. Ostatnia scena bitewna w "Czasie Ultrona" przypomina przejażdżkę na karuzeli: kolorowe światła, rozmazane sylwetki, migawki i wata cukrowa. Film Whedona (?) to fantastyczna reklama figurek superbohaterów. Kropka. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 30% uznało tę recenzję za pomocną (30 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (11)

zobacz wszystkie