Recenzja filmu Tron: Dziedzictwo (2010)
Joseph Kosinski

Pierwszy "TRON" z 1982 roku był niemałą rewolucją w dziedzinie efektów specjalnych. Film traktujący o cyberprzestrzeni wykorzystywał efekty komputerowe na niespotykaną dotąd skalę. Jednak ...
Filmweb sp. z o.o.
Pierwszy "TRON" z 1982 roku był niemałą rewolucją w dziedzinie efektów specjalnych. Film traktujący o cyberprzestrzeni wykorzystywał efekty komputerowe na niespotykaną dotąd skalę. Jednak wizualne cuda nie szły w parze z zaledwie średniej jakości scenariuszem. Czasy się zmieniły, ale "Tron" pozostał tym samym - nakręcony po 28 latach sequel jest taki jak jego poprzednik - fabularnie miałki, ale niesamowity audio-wizualnie.

Kevin Flynn, genialny programista i główny bohater pierwszej części, zniknął wiele lat temu w tajemniczych okolicznościach. Jak się okazuje, został uwięziony w cybernetycznym świecie, który sam stworzył. Na ratunek przybywa mu jego syn Sam. Jednak ten utopijny świat jest daleki od ideału i ucieczka nie będzie należała do najłatwiejszych. Tak jak wspomniałem na początku, "Dziedzictwo" jest słabe fabularnie. Cały scenariusz sprawia wrażenie niezwykle niedopracowanego, a co najgorsze - rozwleczonego. Film trwa nieco ponad dwie godziny, a miejscami straszliwie się dłuży. Mam wrażenie, że całą historię "Dziedzictwa" dałoby się przedstawić w jedną godzinę, i film znacznie by na tym zyskał. Jednak kinowa epopeja sci-fi nie może trwać tak krótko, toteż łatwiej było wymienić scenarzystów, kiedy jeszcze było można. Przez dłużyzny film traci także na tempie, co jest zabójcze w tym gatunku. Sceny akcji są naprawdę dobre, ale globalnie rzecz ujmując, nie czuje się napięcia, czy emocji. Ot, po prostu coś się dzieje, ale widza szczególnie to nie obchodzi. Winni tego są także bohaterowie. Są strasznie płascy, Sam zamiast dialogów ma tony czerstwych "one-linerów", a Jeff Bridges miejscami bardziej przypomina Dude’a z "Biga Lebowskiego" niż Flynna (co akurat było, dla mnie jako fana dzieła Coenów, bardzo przyjemne). I można by tak narzekać jeszcze bardzo długo, ale myślę, że nie ma to większego sensu.

Fabuła jest jedynie pretekstem do ukazania niesamowitego świata, który wykreowali twórcy. Design komputerowej rzeczywistości autentycznie zapiera dech w piersiach, a klimat miejscami powala. Wszystko znakomicie ze sobą współgra i świetne jest to, że to, co widzimy na ekranie, trudno jest do czegokolwiek porównać. Może nadużyciem byłoby stwierdzenie, że to zupełnie nowa jakość, ale trzeba przyznać, że Kosinski i jego ekipa wykonali kawał naprawdę dobrej roboty. Szkoda jedynie, że forma przerosła treść. Jednak największym plusem nowego "Trona" jest ścieżka dźwiękowa, która miejscami daje potężnego energetycznego kopa. Panowie stworzyli znakomite elektroniczne brzmienie, które niesamowicie buduje cybernetyczny klimat, momentami przywodząc na myśl kompozycje Vangelisa. 

"Tron: Dziedzictwo" to wizualny majstersztyk, który kompletnie nie porywa fabularnie. Trochę szkoda bo potencjał był znacznie większy, jednak uważam, że nie można narzekać, bo to naprawdę przyjemny obraz. I w tym przypadku słowo "obraz" nie jest zbiegiem okoliczności.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (69 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie