Recenzja filmu Kler (2018)
Wojciech Smarzowski

Niemiła księdzu ofiara

Wojciech Smarzowski rzeczywiście poświęcił uwagę ofiarom: pokazane jest ich cierpienie, bezsilność, są świadectwa osób z reportażu Ekke Overbeeka, wreszcie pamiętna scena, w której mężczyzna 30 ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Kler (2018)
Rzadko zdarza mi się oglądać film tak krótko po premierze, ale "Kler" jest obiektem szerokiej dyskusji i musiałem się pośpieszyć, żeby zdążyć przed lawiną spoilerów. Od kilku lat słyszę o upadku polskiej kinematografii, tymczasem na ekrany wchodzi aż 5 wysoko ocenianych produkcji: "Kamerdyner", "Zimna wojna", "Juliusz", "7 uczuć" i właśnie omawiany "Kler", który wybrałem w pierwszej kolejności. Moje oczekiwania były bardzo duże, biorąc pod uwagę dorobek reżysera i aktorów. Nie mogę powiedzieć, że się zawiodłem, film mnie pod pewnymi względami pozytywnie zaskoczył, wyglądał nieco inaczej, niż się spodziewałem, ale z seansu nie wychodziłem oszołomiony.

Jeszcze przed premierą film wzbudził sporo kontrowersji, a głównym zarzutem w stosunku do niego było rzekome niezachowanie proporcji pomiędzy pokazywaniem zła i tego, co dobre w Kościele. Pytanie tylko, czy rzeczywiście powinno się wyznaczać takie proporcje i w jaki sposób je zmierzyć. Czy jeśli mamy "złego", zdemoralizowanego arcybiskupa, to dla równowagi należy koniecznie wprowadzić też nieskazitelnego kardynała? Takie postawienie sprawy uważam za niepoważne.

W dyskusjach o filmie bardzo często pojawia się również argument, że odsetek potwierdzonych sprawców przestępstw seksualnych wśród osób duchownych jest znikomy, znacznie niższy niż w innych grupach zawodowych, a wręcz, że to są jakieś tam pojedyncze przypadki, więc nie warto się nimi zajmować. Rzecz w tym, że istotą całego problemu jest właśnie posługiwanie się statystykami, w dodatku wyłącznie w odniesieniu do samych sprawców i jednoczesne pomijanie kwestii ofiar tych zbrodni. A przecież za każdym z tych przypadków kryje się czyjaś tragedia. Każda z ofiar ma bezpowrotnie zniszczone życie i tego się nie da wyrazić w procentach, tabelkach i diagramach. Gdyby nawet był tylko jeden taki przypadek w nowożytnej historii Kościoła, to i tak jest to wystarczająco dużo, by o nim rozmawiać, pisać, czy nawet nakręcić film. 

A tu mamy do czynienia z całym zjawiskiem, procederem i teraz najważniejsze jest, by to powstrzymać i uratować kolejne dzieci, zanim zostaną skrzywdzone. Wojciech Smarzowski rzeczywiście poświęcił uwagę ofiarom: pokazane jest ich cierpienie, bezsilność, są świadectwa osób z reportażu Ekke Overbeeka, wreszcie pamiętna scena, w której mężczyzna 30 lat wcześniej skrzywdzony przez księdza ma odwagę opowiedzieć o tym biskupom, a ci stwierdzają, że skoro sprawa się przedawniła, to żadnego problemu już nie ma. Uznają to wręcz za atak na cały Kościół i bezlitośnie uderzają z kontratakiem. Nie ma miejsca na jakąś elementarną, ludzką przyzwoitość, brakuje empatii. No i właśnie: co teraz dzieje się z tymi wszystkimi dziećmi (teraz już dorosłymi)? Przedstawiciele Kościoła nie próbowali się przez te lata z nimi kontaktować, okazać im wsparcia, nie zdecydowano się na ujawnienie takich przypadków, by zapobiec ich powtórzeniu się w przyszłości, ważniejsze były źle rozumiana solidarność zawodowa i utrzymanie ze wszelką cenę mitu nieskazitelności kapłanów. Nie widzieli ich cierpienia, tylko PR-owy problem.



Również i główni bohaterowie stali się ofiarami okoliczności, w jakich się znaleźli. Grany przez Arkadiusza Jakubika Kukuła jest takim zwykłym księdzem, z jakimi mamy do czynienia na co dzień: porządny, szczery, pobożny, ale osamotniony ze swoimi problemami. Jest lubiany i cieszy się szacunkiem parafian, ale to się zmienia, gdy zostaje posądzony o poważne przestępstwo - odtwórca głównej roli przekonująco oddał jego zagubienie i bezsilność. Drugi z protagonistów, bogaty, ambitny, dobrze wykształcony ksiądz Lisowski (w tej roli Jacek Braciak), skupił się całkowicie na karierze. Widzi wokół siebie zło, jest nim otoczony przez większość życia, ale sam nim przesiąkł, stał się częścią tego układu, więc stara się od tego uciec. Od lat przygotowuje się do wyjazdu do Watykanu, gdzie ma zamiar rozpocząć nowe życie i gdy napotyka na przeszkody, knuje intrygę - ten fragment filmu oglądało się najciekawiej, bo poprowadzony jest trochę jak w filmie sensacyjnym. Ta postać jest najciekawsza: to człowiek o psychopatycznej osobowości, pozbawiony zdolności współodczuwania, pomaga chorym dzieciom kupując im prezenty, ale nie potrafi udzielić wsparcia duchowego umierającemu na raka chłopcu, który boi się zbliżającej się śmierci.



Najmniej interesujący jest wątek księdza Trybusa. Jest słabo powiązany z głównym wątkiem, wydaje się trochę dodany na siłę i napisany pod z góry postawioną tezę. Grany przez Roberta Więckiewicza bohater to taki "punch-clock priest" - zwyczajny robotnik, który po zakończeniu pracy odbija kartę i wraca do domu, do żony. A przynajmniej chciałby, żeby tak było, ale na przeszkodzie stoi celibat. Poczucie winy spowodowane życiem w zakazanym związku wywołuje depresję i alkoholizm. Trochę to płytkie i nie pasuje do całości filmu. Nie jest też wyjaśnione, dlaczego on w ogóle wstąpił do seminarium. Gdyby w ogóle usunąć tę postać, film zbyt wiele by nie stracił. Fakt, że pokazano kontrast pomiędzy mieszkającym w luksusowym apartamencie Lisowskim (bo z żyjącym w przepychu arcybiskupem to w ogóle nie ma co porównywać), a proboszczem z ubogiej parafii, ledwie zarabiającym na bieżące utrzymanie.



Docenić należy, że "Kler" poświęca uwagę otoczeniu społeczno-kulturowemu. Współcześnie młodzież - przynajmniej według scenarzysty - podchodzi sceptycznie do religii. Ksiądz Kukuła jest katechetą i ma problem z odpowiadaniem na dociekliwe pytania uczniów, zwłaszcza że niektóre zadawane są w sposób lekceważący. Jako że żyjemy w społeczeństwie informacyjnym, jest też świadomość takiego zjawiska, jak pedofilia - uczniowie plotkują za plecami księdza, mają nawet odwagę zapytać go wprost, czy ma takie skłonności. 30 lat temu dziecko w sytuacji napaści nie wiedziało, co się z nim dzieje i jak sobie w takiej sytuacji poradzić. Rozmawiałem z osobą, która była w dzieciństwie ofiarą molestowania i dla niej największym problemem było to, że rodzice jej nie uwierzyli. Ten problem również jest poruszony w "Klerze" i tam nawet dziecko zostaje przez rodziców zbite - jest to mocna i bardzo smutna scena. Do kogo miało się w takiej sytuacji zwrócić? Ten konkretny chłopiec zwrócił się akurat ku wierze. Dzisiaj rodzice bardziej są skłonni wierzyć w takie zarzuty, ale co z sierotami i dziećmi z rodzin dysfunkcyjnych? O takich przypadkach 5 lat temu jeden przywódców (ówczesny nr 1) polskiego Kościoła mówił z wyjątkową arogancją, że dziecko "lgnie, szuka i zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga" (ten cytat zresztą jest przywołany w filmie). Tę i podobne wypowiedzi innych hierarchów ktoś, kto miał wtedy jakieś natrętne myśli na temat dzieci, ale z tymi myślami walczył w obawie przed karą, mógł potraktować jako zielone światło, zapewnienie o bezkarności, ale autorzy tych słów do dziś są dumni z siebie.




"Kler", co ważne, odnosi się do autentycznych wydarzeń. Przypomniana została sprawa ośrodka sióstr boromeuszek, która to placówka wychowała 2 pokolenia osób ze zniszczoną psychiką. Sama siostra Bernadetta dostała szokująco niski wyrok - ale mimo wszystko ważniejszą kwestią jest los ofiar. Film daje odpowiedź, co może stać się z osobą pozbawioną wsparcia psychologicznego. Są też nawiązania do innych głośnych, znanych z mediów przypadków nadużyć wśród księży: padają nazwy miejscowości, jest budowa sanktuarium, związane z nią przekręty finansowe, kontakty księży z wielkim biznesem, politykami i dawnymi funkcjonariuszami SB (te 3 grupy wzajemnie się przenikają). Ukazana jest też kościelna machina propagandowa, pojawiają się autentyczne cytaty o "ręce podniesionej na Kościół", "jednostkowych przypadkach" i wiele, wiele innych. To znamienne, że osoby, które krytykują ten film, używają dokładnie tych samych sformułowań, jakie episkopat w filmie "Kler" przygotował jako oficjalne wypowiedzi dla mediów.
Spodziewałem się dobrego aktorstwa i rzeczywiście takie się w "Klerze" znalazło, mam na  myśli przede wszystkim Braciaka i Jakubika. Legenda polskiego filmu i teatru, Janusz Gajos, zajmuje główne miejsce na jednym z plakatów (wyrazy uznania dla Andrzeja Pągowskiego za drugi plakat), ale ma stosunkowo niewiele czasu ekranowego. Nie zmienia to faktu, że jego rola jest ważna i godnie zagrana. Miłym akcentem były momenty, w których niespodziewanie pojawili cenieni, ale trochę już zapomniani aktorzy: Stanisław Brejdygant i kojarzony z rolami czarnych charakterów Henryk Talar.

Na koniec o technicznym aspekcie filmu. Fatalna jakość dźwięku jest zmorą polskiego kina, właściwie przyzwyczaiłem się do tego, że jeśli film jest produkcji polskiej, to będę miał problem ze zrozumieniem dialogów i irytująco głośnymi dźwiękami z tła. "Kler" pod tym względem pozytywnie zaskakuje. Była nawet scena, w której jedna z postaci śpi, słychać chrapanie, a ja przez moment myślałem, że to któryś z widzów usnął ze znudzenia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (50 głosów).
Kinokio
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)