Recenzja filmu Han Solo: Gwiezdne wojny - historie (2018)
Ron Howard
Waldemar Modestowicz

Nikomu niepotrzebny prequel

Po cichu liczyłem na wciągające kino nowej przygody, które w interesujący sposób powypełnia luki w bujnym życiorysie tytułowego bohatera. Niestety, posklejany z niedopasowanych szczątków filmowy ...
Filmweb sp. z o.o.

Odkąd prawa do "Gwiezdnych wojen" trafiły pod skrzydła Disneya, znana i ceniona seria traktowana jest niczym dojna krowa. Nie dość, że kolejne epizody sagi poczęły ukazywać się w dwuletnich odstępach, to w dodatku włodarze wytwórni postanowili regularnie raczyć fanów spin-offami cyklu. Pierwszą z kinowych odnóg uzupełniających bogatą historię uniwersum był "Łotr 1", który podobnie jak "Han Solo" nie uniknął produkcyjnego piekła. Wielu widzów w pole wyprowadził choćby zwiastun filmu pełen scen niezaimplementowanych w finalnej wersji. Co gorsza, tak dla mnie jak i dla wielu innych wielbicieli epopei, dzieło Pana Garetha Edwardsa wyprane było z niemalże baśniowego klimatu towarzyszącego starym odsłonom kosmicznych zmagań. Tak czy inaczej, przynajmniej "Łotr 1" oferował zalążki dramaturgii, czego niestety nie można powiedzieć o mocno zachowawczym "Hanie Solo". Czarne chmury zaczęły zbierać się nad nowym projektem od samego początku, co nie wróżyło dobrze końcowemu rezultatowi. Z bólem serca przyznaję, iż kultowy przemytnik o szelmowskim uśmiechu zdecydowanie zasłużył na lepszy film… a jeszcze lepiej na brak takowego.



Han Solo (Alden Ehrenreich) to młody zawadiaka, którego zdecydowanie trzymają się kłopoty. Ambitny, lecz nonszalancki młodzieniec co rusz pakuje się w tarapaty. Nic dziwnego, że chłopak nie może nigdzie zagrzać miejsca. Koniec końców, w niespotykanych okolicznościach Solo poznaje Chewbaccę (Joonas Suotamo), włochatego i ogromnego jak góra stwora. Wbrew wszystkiemu, bohaterowie nawiązują między sobą "dialog" i salwują się wspólną ucieczką z podbramkowej sytuacji. Na szczęście Hanowi udaje się w ostatniej chwili wkupić w łaski Tobiasa Becketta (Woody Harrelson) i jego szajki spod ciemnej gwiazdy. Całą grupa planuje dokonać zuchwałego rabunku na kolej przewożącą cenny kruszec o nazwie coaxium. Jak się okazuje, Han ma ukryte pobudki motywującego go do wzięcia udziału w napadzie. Młodzian pragnie po udanym skoku udać się z odsieczą swojej ukochanej z przeszłości (Emilia Clarke), ale do tego potrzebne są spore nakłady finansowe. Niezmordowany Solo postanawia stawić czoła przeciwnościom losu w imię prawdziwej miłości… a to dopiero początek jego gwiezdnej przygody.



Nie jestem fanem sztucznego dosztukowywania początkowych losów słynnych postaci do ich późniejszego życiorysu. Czyż nie lepiej, gdy kultowy bohater owiany jest mgiełką tajemnicy, której szczątki można wyłowić z pojedynczych dialogów i komentarzy? To właśnie dzięki temu każdy widz ma w głowie unikatowy obraz swojego ulubionego protagonisty oparty li tylko na drobnych przesłankach. Mimo to Disney postanowił odkryć niemal wszystkie karty związane z przeszłością kosmicznego przemytnika, serwując miłośnikom serii kanoniczny spin-off przedstawiający co ważniejsze momenty z życia niepokornego outsidera. I w sumie wytwórni sygnowanej logiem Myszki Mickey owa sztuka pewnikiem uszłaby na sucho, gdyby "Han Solo" był filmem pełnym wartkich zwrotów akcji, trzymającym w napięciu i zwyczajnie interesującym. Aczkolwiek takim dziełem, przynajmniej dla mnie, najnowsza produkcja Pana Howarda nie jest.

photo.title


Trudno mi dokładnie stwierdzić co poszło nie tak. Zapewne producentom obrazu siarczystą czkawką odbiła się głośna zmiana na stołku reżyserskim, w wyniku której biedny Ron Howard zmuszony był nakręcić od nowa blisko 80 % materiału. Oczywiście doświadczony filmowiec to profesjonalista w każdym calu, tym niemniej nawet on nie był w stanie perfekcyjnie poskładać do przysłowiowej kupy mocno poszatkowanej produkcji. Dość napisać, iż dwie duże sekwencje akcji miast zachwycać, ciągną się w nieskończoność. Nie pytajcie mnie jak to możliwe, ale ja osobiście miałem dość pierwszej sceny rabunku już po początkowych kilku minutach. O ile na papierze wspomniany skok zapewne prezentował się nienagannie, tak w praktyce wyszedł nudny jak flaki z olejem. Na nic zdały się dynamiczne wymiany ognia, poświęcenie bohaterów i sprawnie dobrane kadry, gdyż całości zabrakło pazura. Podobnie ma się sprawa z ucieczką przed gigantycznym stworem czy z finałowym starciem. Niby na ekranie dzieje się wiele, ale ni w ząb nie przekłada się to na ładunek emocji, który winien towarzyszyć widzowi podczas obserwowania tak heroicznych zmagań.



Paradoksalnie "Han Solo" wypada najlepiej w scenach dialogowych nakreślających zarówno pełną zwrotów fabułę jak i samą postać niesfornego awanturnika. W nielicznych scenach filmu przebija się uwielbienie twórców dla epizodów z poprzedniego wieku, czy to poprzez wyraźne nawiązania do późniejszych wydarzeń czy w formie detali wplecionych nienachlanie w narrację. Ot, scenarzyści wyjaśnili np. genezę nietypowego nazwiska protagonisty, w końcu podają też sugerowaną odpowiedź na odwieczne pytanie "kto strzelił pierwszy?". Szkoda tylko, że poza tak sympatycznymi wtrętami cała opowieść wyprana jest ze wspaniałej magii "Gwiezdnych wojen". Gdyby nie same postacie, znajome motywy muzyczne i elementy wystroju, "Han Solo" zwyczajnie byłbym przygodowym "akcyjniakiem", jakich na rynku jest bez liku. Pozbawionym ikry, charakteru i stylu.



Złego słowa nie mogę natomiast powiedzieć na Aldena Ehrenreicha, który stanął przed niewdzięcznym zadaniem. Sportretowanie młodego Harrisona Forda było niczym sytuacja bez wyjścia. Jak bardzo bowiem nie starał by się aktor, jego wysiłki i tak spotkałyby się z dezaprobatą zatwardziałych fanów starych części cyklu. Powszechnie wiadomo, iż ortodoksyjni wyznawcy kultu "Gwiezdnych wojen" nie dopuszczają nawet do myśli, iż w ich ulubionego rozrabiakę mógłby wcielić się ktokolwiek inny niż sam Ford. Mimo to Pan Ehrenreich zrobił wszystko, by oddać wszelkie charakterystyczne gesty, uśmieszki i zadziorną mimikę Solo. Co prawda ostateczny efekt wygląda trochę tak, jakby artysta usilnie ćwiczył przed lustrem każdy grymas bohatera wzorując się na stopklatce z któregoś z epizodów, lecz ma to swój niepowtarzalny urok. Końcowy rezultat przypomina odrobinę bliźniaczo podobne zagrywki Gordona-Levitta mające na celu oddanie wyrazu twarzy młodego Bruce’a Willisa w pozycji "Looper", ale na szczęście Ehrenreich nie gra wyłącznie na jednej minie… ale na ich całym zestawie. Najsmutniejsze jest to, iż w moim mniemaniu najwięcej klimatu z "Gwiezdnych wojen" przebija się właśnie w kreacji młodego gwiazdora, która choć nieidealna, to świetnie pokazuje oddanie aktora dla roli. Miłą niespodzianką jest również i angaż weterana kina, Woodyego Harrelsona do postaci swoistego mentora zagubionego Solo. Artysta od wielu dekad regularnie pojawia się w mainstreamowych produkcjach, co świadczy o jego bogatym warsztacie aktorskim i niezwykłej elastyczności. Naprawdę świetnie, iż Hollywood nie daje zapomnieć widzom o zasłużonym starym wydze, co rusz podsuwając mu projekty z pierwszej ligi. To dopiero jest wyraz szacunku dla odtwórcy, którego charyzma niemalże z automatu podnosi walory każdej, choćby niezwykle błahej, historii.



Pomimo mojego negatywnego nastawienia do wszelakich spin-offów gwiezdnej epopei, szczerze chciałem zapałać sympatią do "Hana Solo". Po cichu liczyłem na wciągające kino nowej przygody, które w interesujący sposób powypełnia luki w bujnym życiorysie tytułowego bohatera. Ku rozczarowaniu wielu zwolenników starej trylogii, posklejany z niedopasowanych szczątków filmowy Frankenstein nie podołał trudnemu zadaniu. Sceny akcji dłużą się niemiłosiernie, fabuła wyprana jest z bajkowego klimatu pierwowzorów, mroczna scenografia nadaje wydarzeniom zbyt surowego sznytu, a niektóre zachowania Solo z przeszłości nijak nie pasują do osobowości dojrzałego przemytnika. Nie chcę prawić herezji, ale "Gwiezdne wojny" bez mieczy świetlnych i Mocy to najwyraźniej nie "Gwiezdne wojny"… choć chciałbym się mylić. Długo walczyłem z myślami czy przyznać dziełu Rona Howarda piątkę czy szóstkę, jednak na korzyść tej wyższej noty zadziałał uroczy występ Ehrenreicha, z której to roli przebija się młodzieńcza pasja i chęć złożenia hołdu Fordowi. Gdyby nie sympatyczne miny strzelane raz po raz przez aktora, "Han Solo" uciekłby z mojej pamięci szybciej, niż Sokół Milenium przemierzający zakamarki kosmosu w hiperprzestrzeni. Na dzień dzisiejszy przejadły mi się wszelkie licencyjne odpryski gwiezdnej sagi… i patrząc na wyniki finansowe recenzowanego tytułu, nie tylko mnie.

Ogółem: 6=/10

W telegraficznym skrócie: osobiście wolałem, gdy losy Hana Solo pozostawały niedopowiedziane…; Ron Howard przejął schedę po reżyserach, którzy zmarnowali blisko połowę całkowitego budżet produkcji; Bogu ducha winny filmowiec robił co w jego mocy, by uratować projekt; leży scenariusz, który obfituje w sceny akcji równie zajmujące, co i oglądanie schnącej farby na ścianie; momentami młody Solo w ogóle nie przypomina starszej wersji – owszem, ludzie się zmieniają, ale żeby aż tak?; film wypada znacznie lepiej w sekwencjach skupiających się na relacjach między bohaterami; na plus: ciekawy występ Ehrenreicha kopiującego niemal wszystkie miny Forda ze starych epizodów oraz udział Harrelsona; wystarczy mi już spin-offów "Gwiezdnych wojen" na długie lata…
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
kulak4
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)