Recenzja filmu Fisher King (1991)
Terry Gilliam

Nowojorska legenda

To nie jest w żadnym razie komedia romantyczna czy jakiś kuriozalny fidrygałek, w którym roi się od banałów mających poprawić nam chwilowo nastrój. To film o specyficznym nastroju, wykorzystujący ...
Filmweb sp. z o.o.
Kto nie był choć raz zmęczony nowoczesnością albo kto nie czuł wyjałowienia nią spowodowanego? Na to pytanie pewnie podniosłaby się niejedna ręka, faktem jest jednak, że wielu tę tęsknotę za czymś innym, głębszym odczuwa. A jeśli już uciekać nowoczesności albo szukać w niej wyłomu do świata, gdzie wszystko jest prostsze, to odważnie, w jej stolicy – Nowym Jorku. No dobrze, dzisiaj symbole nowych czasów może nieco się rozproszyły, pojawiły się zresztą problemy bardziej namacalne, ale w drugiej połowie XX wieku to właśnie w tym mieście jak w soczewce skupiało się to, co złe, i to, co dobre we współczesności. Terry Gilliam z pewnością nie był ani pierwszym, ani ostatnim, który Nowy Jork, ten finansowy Babilon, centrum sztuki współczesnej, rzeczywistość chwilowych doznań, spróbował zaczarować. I chociaż "Fisher King" zaczyna się od scen emblematycznych dla Wielkiego Jabłka, pokazujących nowojorski high life, to reżyser źródła magii poszukał w tym, co całkowicie obce blichtrowi kojarzonemu z tym miastem.

Jacka Lucasa (Jeff Bridges), dziennikarza radiowego, poznajemy w jego prime time. Żeby to wiedzieć, nie musimy oglądać dwóch godzin wciągania koki, picia szampana i zabaw z prostytutkami. O tym, że Lucas unosi się kilka centymetrów nad ziemią, że czuje się wygrany (tu aż się prosi o użycie memicznego określenia "wygryw") świadczą jego gesty, słowa, mimika – wszystkie umieszczone z już widocznym przymrużeniem oka w towarzystwie chwytliwych i charakterystycznych niegdyś kawałków, takich jak "I’ve got the power" Snapa. Żyjący w jednym z apartamentowców gdzieś nad chmurami Jack ma wszystko – i co niezwykle istotne, ma też poczucie, że jest panem swojego życia. Nagle to się kończy. Jeden z jego rozmówców okazuje się desperatem, dla którego rzucone mimochodem słowa Jacka stają się pretekstem do rozpętania jatki w restauracji. Mija kilka lat i widzimy głównego bohatera już w zupełnie innych okolicznościach. Sfrustrowany i dręczony przez wyrzuty sumienia, żyje ze swoją partnerką nad sklepem w niedużym mieszkaniu. Niebawem życie ratuje mu bezdomny Parry (Robin Williams), były profesor, obecnie poszukujący – tak, tak, wzrok was nie myli – Świętego Gralla. Jack dowiaduje się, że jego dziwaczny wybawca stracił żonę w strzelaninie kilka lat temu, tej samej strzelaninie, którą rozpętał radiowy rozmówca Lucasa.

Już sam ten opis pokazuje, że historię Jacka i Parry’ego wpisano w symboliczne ramy, w których istotne są, nie licząc źródła w postaci arturiańskiej legendy, paralele i ironia (losu). Obaj mężczyźni stracili swoje dawne życie przez to samo wydarzenie, chociaż inaczej na to zareagowali. Parry’emu pomieszały się zmysły, wyparł z siebie prawdę o tym, co się stało, a gdy tylko świadomość tego zbliża się do niego (pod postacią czerwonego rycerza), doznaje ataków paniki, jednocześnie jest człowiekiem energicznym i gotowym dzielić się uczuciami (zakochuje się w nieporadnej urzędniczce Lidii, granej przez Amandę Plummer). Zupełnie inaczej rzecz ma się z Lucasem, który zgorzkniał, zamknął się w sobie i nie jest w stanie zaangażować się w relację, tak jakby chciała tego mieszkająca z nim Anne (Mercedes Ruehl). Obaj mężczyźni, złączeni przez tragiczne okoliczności, są sobie potrzebni – by znaleźć odkupienie (w przypadku Jacka) i by powrócić do świata żywych. "Fisher King" jawi się zatem jako tradycyjna historia trudnej przyjaźni dwóch kontrastowo odmiennych postaci; przyjaźni zmieniającej jakościowo życie bohaterów.
 
Raczej nikomu po przeczytaniu powyższych słów – a już szczególnie po obejrzeniu choćby pierwszych kilku minut filmu – nie przyjdzie do głowy nazywanie dzieła Gilliama dramatem psychologicznym. Ci, którzy "Fisher King" nie widzieli, mogą poczuć się zaniepokojeni tym, co właśnie napisałem. Zupełnie niepotrzebnie. To nie jest w żadnym razie komedia romantyczna czy jakiś kuriozalny fidrygałek, w którym roi się od banałów mających poprawić nam chwilowo nastrój. To film o specyficznym nastroju, wykorzystujący grę przypadków (nie jest więc realistyczny), miejscami przypominający tragifarsę bądź tragikomedię, przy czym "tragifarsa" kojarzy się z przyziemnością, a w "Fisher King" nie brakuje wspomnianej magii, a jeśli nie magii, to przynajmniej uroku i elementów baśniowości. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że duża w tym zasługa Robina Williamsa, w którego postaci spotykają się ze sobą spora dawka ciepła, marzycielstwa, naiwności, ale też melancholii i głęboko ukrytego tragizmu. Taki jest też ten film; nie jest ponury, jest ciepły, ale spowija go aura nostalgii czy też melancholii. Wprawdzie bowiem celem obu mężczyzn – być może nieuświadomionym – jest powrót do życia, i bohaterowie filmu faktycznie zmierzają w tym kierunku, ale odbiorca rozumie, że postać Parry’ego jest trochę na przekór temu światu. I to, co spotyka Jacka i Parry’ego, to znaczy ich przyjaźń, też funkcjonuje na zasadzie wyjątku. Innymi słowy, patrzy się na to jak na fantazję, którą chciałoby się widzieć na świecie i w nas samych, ale trudną do zrealizowania.

Być może na taki odbiór tego filmu rzutuje też tragiczny koniec Robina Williamsa. Z wszystkich ról, w których odgrywał jakąś wariację Piotrusia Pana, ta jest jedną z tych, w których napięcie między pełną entuzjazmu powierzchownością a kryjącym się w głębi smutkiem zapada szczególnie w pamięć. Bohaterom filmu nie jest łatwo zdobyć Gralla – i to w jego symbolicznym, nie pierwotnym znaczeniu – a w życiu, jak się non stop okazuje i jak się okazało w przypadku aktora grającego rolę Parry’ego, jest o to jeszcze trudniej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)