Recenzja filmu Wojna światów (2005)
Steven Spielberg

Panie Spielberg - ale mnie Pan przestraszył!

To dziwne. Właśnie - dziwne. Właśnie dziś premiera filmu zbiegła się z wydarzeniami w Londynie. Terroryści zaatakowali bez ostrzeżenia, chociaż wszyscy wiedzieli, o tym że kiedyś to niewątpliwie ...
Filmweb sp. z o.o.
To dziwne. Właśnie - dziwne. Właśnie dziś premiera filmu zbiegła się z wydarzeniami w Londynie. Terroryści zaatakowali bez ostrzeżenia, chociaż wszyscy wiedzieli, o tym że kiedyś to niewątpliwie nastąpi...

Historię "Wojny światów" znamy wszyscy, większość uważa ją zapewne za infantylną. Wielu z nam nie chce się wierzyć, że wyemitowane na początku XX wieku słuchowisko wzbudziło panikę. Ale wtedy za drzwiami pukał nazizm.

Wchodząc na salę kinową wiedziałem, jaka z grubsza będzie kolejność wydarzeń. Miałem też w pamięci "E.T.", tego sympatycznego stworka zagubionego na Ziemi. Tak zapewne też czuła większość widzów zgromadzona na sali. Liczyliśmy na prostą amerykańską rozrywkę. Większość na jakiegoś Alfa zamkniętego w trójnogu. Ale Spielberg nie uznaje kompromisów z krytyką i widzami. On robi to co chce, i jak chce. Po pierwszym uderzeniu Trójnoga na sali zapadła cisza. Wszyscy wiedzieli, co się stanie, ale i tak jest to uderzenie prosto między oczy. To coś prawie tak dobrego jak pamiętne śniadanko z "Obcym...". Obcy przybysze są bezwzględni i traktują ludzi jak owady. To eksterminacja ludzkiego gatunku.

Ray (Cruise) też jest bezwzględny, alt tylko gdy chodzi o życie jego córki. Scena w piwnicy z opaską i wszystko co po niej następuje to zdecydowanie potwierdza. Ale Spielberg nie byłby sobą, gdyby na tym poprzestał. Ludzie nie ustępują marsjańskim najeźdzcom, są niestety częstokroć od nich gorsi. Wystarczy przytoczyć scenę odebrania samochodu na przeprawie czy stwierdzenie reporteki dotyczące domniemanego "pasażera" samolotu. Tłum na skrzyżowaniu i jego bezwładna ucieczka czy walka o przeprawę promem, beznadziejny atak wojska - pokazują, że nie mamy być z czego dumni.

Ale dla równowagi mamy namiastkę happy-endu i stwierdzenie, że każde ludzkie życie jest ważne, nawet jeśli zawdzięczamy je, o ironio, bakteriom. To co łączy rodzinę, jest najważniejsze. To samo chciał nam zresztą powiedzieć Welles w swej książce. I dlatego też ekranizacja jest bardzo bliska pierwowzorowi literackiemu.

Pytanie, czy dla tak oczywistego przesłania warto angażować aż takie środki. No cóż, Spielberg opowiada zawsze proste historie. I w tym jego i ich siła. W filmie nie padają żadne wielkie słowa i nie ma w nim ton nieznośnego patosu, prezydenta USA i masy specjalistów czy wojskowych. To my właśnie, "ludzie w dzisiejszych czasach", łatwo zapominamy o tych oczywistych prawdach. Ale czy naprawdę trzeba impulsem elektromagnetycznym "wyłączyć" całą półprzewodnikową cywilizację, aby o nich przypomnieć?

Chyba nie. Niestety paru ludzi z garstką dynamitu jest w stanie dokonać prawdziwie marsjańskich spustoszeń. I chyba o tym będzie następny film Spielberga, ten o olimpiadzie w Monachium. W końcu on opowiada zawsze proste historie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
datagram
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (9)

zobacz wszystkie
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię