Recenzja filmu Samotny gringo (2015)
Isaac Florentine

Pewnego razu w Meksyku

"Samotny Gringo" od pierwszej minuty wjeżdża w przeciwników na pełnym gazie i w kapitalnym tempie rozprawia się ze zbójami. Dalej następuje kilkadziesiąt minut nudy, której nie rekompensuje ...
Filmweb sp. z o.o.
Scott Adkins to prawdziwy obieżyświat. Walczył w rosyjskim więzieniu, londyńskim pubie, tajlandzkim dojo, a ostatnio mordował nawet oddziały specjalne w Chinach. Wszystkie te wyprawy są dobrze wspominane przez jego fanów. Inaczej jednak ma się sprawa z Meksykiem. "El Gringo" nikt nie wymienia wśród najlepszych jego produkcji. Dlatego w tym przypadku nasza telewizja przynajmniej adekwatnie przetłumaczyła tytuł filmu "Close Range" na "Samotny Gringo", który trafnie przywołuje na myśl podobnej jakości produkcję.

W kinie akcji fabuła nie jest najważniejsza. Aczkolwiek jacyś scenarzyści za nią pieniądze wzięli, więc mogli się postarać o napisanie historii, która przynajmniej nie przeszkadza w oglądaniu i dostarcza pomysłowe sceny walk. Tutaj intrygę uszyto naprawdę grubymi nićmi. Tym razem aktor znany przede wszystkim z roli Yuri'ego Boyki wciela się w niesłusznie ściganego przez policję byłego żołnierza, który ratuje swoją siostrzenicę z rąk żadnego krwi kartelu. To jednak dopiero początek spirali przemocy. Trzeba dodać, że naprawdę dobry. "Samotny Gringo" od pierwszej minuty wjeżdża w przeciwników na pełnym gazie i w kapitalnym tempie rozprawia się ze zbójami. Dalej następuje kilkadziesiąt minut nudy, której nie rekompensuje całkiem sprawnie zrealizowany, lecz dość monotonny i pozbawiony logiki finał.

Za reżyserię tego akcyjniaka odpowiada twórca o wiele lepszych produkcji, takich jak "Strażnik granicy", "Ninja: Cień łzy" i oczywiście "Undisputed 3". Dlatego też można było spodziewać się więcej. "Close range" wygląda niskobudżetowo nawet jak na standardy gatunku. Praktycznie cały film dzieje się przy jednym domku na totalnym odludziu. Stąd mimo że czas trwania nie przekracza 80 minut, to szybko można się znudzić. Plus należy się za westernową muzykę, która udanie buduje klimat dzikiego zachodu, ale znów ta zaleta tyczy się przede wszystkim ostatnich minut seansu. Przez większość czasu zamiast klimatycznych sekwencji starć pomiędzy dobrym kozakiem, a całą bandą złych oprychów, twórcy serwują oklepane dialogi, które wszyscy wiemy, dokąd doprowadzą.

Oczywiście na wysokim poziomie stoją wszelkie kopaniny. Nawet jeśli niekiedy materiał wygląda na sztucznie przyspieszony, to wszyscy aktorzy i tak o niebo lepiej sprawdzają się w scenach walk niż rozmów. Jak na kino akcji klasy B przystało tylko efekty strzałów z pistoletów zrobiono cyfrowo, a cała rozwałka nakręcona została tradycyjnie. Ludzie biją się po buziach jak pan Bóg przykazał. Choreografia jest jak najbardziej przyzwoita, choć najlepsze sceny kaskaderskie zawarto już w samym zwiastunie. Zbyt szybkie cięcia niweczą efektowność niektórych akcji, ale i tak zacne ukazanie przemocy to największa zaleta tego filmu. Nie ma jej jednak tyle, co chociażby w "Ninja: Cień łzy".

Więc tak naprawdę jedynie najzagorzalsi miłośnicy tradycyjnego kina akcji będą dobrze się bawić na seansie "Samotnego Gringo". Twórcom zabrakło ambicji jak i pewnie budżetu na stworzenie czegoś bardziej zróżnicowanego. Po nazwiskach Adkins i Florentine można było spodziewać się o wiele więcej, więc ostatecznie szkoda trwonić czasu na ten film i lepiej poczekać na "Undisputed IV".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Roy_v_beck
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie