Recenzja filmu Stając się zwierzęciem (2018)
Peter Mettler
Emma Davie

Pod skórą świata

Peter Mettler, Emma Davie i David Abram próbują nas przekonać, że jesteśmy taką samą integralną częścią ziemskiego kosmosu, jak każde inne zwierze. I jeśli patrzymy na jakiś obiekt z oddali, to ...
Filmweb sp. z o.o.
Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań również patrzy w nas – głosi popularna sentencja. Chodzi oczywiście o ludzką uległość wobec zła, ale jeśli potraktujemy tekst całkowicie literalnie, szybko wyjdzie na jaw, że między nami a otchłanią rozciąga się pustka – wielkie, tajemnicze nic. Tymczasem w "Stając się zwierzęciem" Peter Mettler, Emma Davie i David Abram próbują nas przekonać, że, myśląc w ten sposób, popełniamy błąd poznawczy – jesteśmy bowiem taką samą integralną częścią ziemskiego kosmosu, jak każde inne zwierze. I jeśli patrzymy na jakiś obiekt z oddali, to nie oddziela nas od niego abstrakcyjna nicość, lecz bujny świat materii – żywe istoty, mikroorganizmy, pierwiastki chemiczne. Powietrze i woda. Film jest więc lekcją pokory, zachętą do uważnego patrzenia na otoczenie, wyjścia naprzeciw temu, co nie-ludzkie – w atmosferze jedności, wzajemnego zrozumienia. Filozoficzną medytacją – wspaniale nakręconą i, co super istotne w przypadku takiej tematycznej wagi ciężkiej, nie pozbawioną subtelnego poczucia humoru.

Ostatnio największą kinofilską frajdę sprawia mi oglądanie obrazów, których w kinie nie widziałem nigdy wcześniej. A sposób, w jaki Mettler ustawia nas frontem do natury, jest doprawdy imponujący – wnika głęboko pod skórę lasów, gór i gejzerów, portretuje abstrakcyjną fakturę wody albo kory drzew, chwyta niezwykłe, umykające ludzkiej percepcji detale, rytmiczne kompozycje żywego z martwym. Kręci nocą, bez świateł, kiedy obraz staje się niewyraźną plątaniną migających punktów – jak u malarzy impresjonistów. Przy tym "Stając się zwierzęciem" ma elegancki szkielet – zaczynamy wejściem do kanadyjskiego Parku Narodowego Grand Teton, gdzie zrealizowano większość zdjęć, a im głębszego zespolenia z korą, potokiem, łosiem, krukiem i bizonem dokonujemy, tym mocniej w świat dzikiej przyrody wdziera się technologia – przydrożne bilbordy, samochody, telefony komórkowe, rzeczywistość krzemu i tworzyw sztucznych. Twórcy usiłują wykreować nową, całkowicie wizualną definicję ekosystemu – niezwykle bogatej i złożonej przestrzeni, w której współistnieją ludzie, zwierzęta, krajobrazy, materia nieożywiona. I gdzie nie ma miejsca na pustkę.

I kiedy tak stajemy się na powrót częścią natury, świat naturalny zaczyna odwzajemniać nasze spojrzenia. Nabiera własnej, odrębnej świadomości w obrazach-znakach – każda chmura, cień i linia terenu mówią, zupełnie jak do naszych przodków – oraz dźwiękach – pomrukach zwierząt, szumie liści i gałęzi, łoskocie wodospadu. Zachęcam do podążenia za tą symfonią, wczucia się w tło audialne filmu. Kojące doświadczenie harmonii podtrzymuje dodatkowo narracja Davida Abrama, filozofa i ekofenomenologa, który wchodzi w rolę drogowskazu na granicy ludzkiego z nie-ludzkim. Jego opowieść nie przypomina akademickiego wykładu, a głos nie pobrzmiewa belferskim zniecierpliwieniem. Abram spokojnie wyjaśnia swoje rozumienie zmysłowego współodczuwania z rzeczywistością posługując się na przemian metaforą i konkretem, humanistyczną wrażliwość i naukową analizą. A jego swobodne włóczęgi po bezdrożach historii sztuki, antropologii i kognitywistyki, żeby wyjaśnić zahipnotyzowanym widzom, jak język stopniowo oddzielał się od natury i zamienia w system abstrakcyjnych znaków – czysto technologiczny wytwór człowieka – jest już prawdziwym mistrzostwem świata w filozoficznej przystępności.

I tak jak nigdy nie przepadałem za filmowymi esejami – poprzedni obraz Mettlera, "Koniec czasu", przyjąłem z mieszaniną irytacji i obojętności – tak "Stając się zwierzęciem" ujęło mnie swoim kołyszącym rytmem i mądrym przekazem. Stary temat kontaktu człowieka ze światem przyrody – zawsze zapośredniczanego przez ludzkie technologie, czego najlepszym dowodem jest sam film – zyskał oryginalną szatę wizualną. Przyoblekł się w obrazy wymagające skupienia, ale hojnie odpłacające za cierpliwość. Bo chyba właśnie tego wymaga od nas Ziemia, jeśli kiedyś zechcielibyśmy na powrót stać się jej częścią – uważnej, wrażliwej percepcji. Bycia tu i teraz, w teraźniejszości, nie w historii i przyszłości. Wprawdzie kino wciąż nie potrafi imitować takiego doświadczenia kontaktu, lecz niewątpliwie może do niego zainspirować. I za to jestem Mettlerowi, Davie i Abramowi szczególnie wdzięczny.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 25% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry