Recenzja filmu Whiplash (2014)
Damien Chazelle

Pot, krew i drzazgi

"Whiplash" pozostaje jednym z rzadkich filmów o muzykach, w których bohaterem jest również sama muzyka. Fakt, opowiadając o dążeniu do wykonawczej perfekcji reżyser gubi gdzieś być może duszę, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Whiplash (2014)
Czarny ekran. Stuk, stuk, stuk pałeczek uderzających w werbel. Odgłos stopniowo przyspiesza, wzmaga się i przechodzi w łup, łup, łup całego zestawu perkusyjnego. Tak zaczyna się "Whiplash" i mamy tu cały film w pigułce. Napięcie będzie rosło, a emocje sięgną zenitu. Miles Teller zagra na bębnach, a reżyser Damien Chazelle – na waszych nerwach. I podziękujecie im za to. Kto myślał, że walenie w perkusję to mało filmowy materiał, niech myśli dalej.

"Whiplash" znajduje się bowiem na antypodach standardowych filmów muzycznych, w których drogę do sukcesu wyznacza bezpieczna partytura "trudnych początków" kulminujących w "przezwyciężeniu przeciwności". Oklaski, kurtyna, żyli długo i szczęśliwie? Nic z tych rzeczy. Młodego adepta sztuki gry na perkusji, Andrew Neymana (Teller), czeka prawdziwa droga przez piekło. A diabłem będzie profesor Fletcher (J.K. Simmons). Kierowany przez niego big band pod względem dyscypliny przypomina raczej pułk piechoty morskiej niż stateczną orkiestrę. Metodom nauczyciela bliżej zresztą do praktyk sierżanta Hartmana z "Full Metal Jacket" niż czegokolwiek, co kojarzy się nam na hasło "pan od muzyki". Krzyki, wyzwiska, poniżanie, rękoczyny, a nawet – znienacka – przymilanie się… Repertuar Fletchera jest bogaty i pełen niespodzianek. Nie tego oczekiwał Neyman, zamknięty w sobie chłopak zakochany w jazzie, kiedy zapisywał się do najlepszej szkoły muzycznej w kraju. Gra na perkusji to nie tylko pot i łzy, ale też krew z pokaleczonych dłoni i drzazgi z połamanych pałeczek. A także ból urażonej dumy oraz nerwy skołatane przez emocjonalną manipulację.

Fletcher kieruje się prostą zasadą: poklepywanie po plecach nie tworzy wielkich artystów. Swoją metodologię zbudował w oparciu o anegdotę o Charliem Parkerze. Słynny jazzman sięgnął szczytów rzekomo dopiero po tym, jak jego perkusista rzucił w niego talerzem, nieomal nie dekapitując saksofonisty. Błędy należy piętnować – taki wniosek wyciąga ze swojej opowieści profesor. Chazelle kreuje go na większego niż życie tyrana, a J.K. Simmons – w czarnej marynareczce, zupełnie łysy, jakby stracił włosy od rwania ich sobie latami z nerwów – ma w tej roli używanie. Ale konflikt ucznia z mentorem nie jest tu czarno-biały. Możemy zastanawiać się, czy atencja, jaką darzą nauczyciela studenci – w tym Andrew – nie jest szczególnym przypadkiem syndromu sztokholmskiego. Chazelle nie zadowala się jednak inscenizowaniem istnego akademickiego torture porn, pojedynku niewinnych młodzieńców ze złym dziadem; stawia pytania, nie ucieka w łatwe wnioski. Jak dużego poświęcenia wymaga talent? Gdzie leży granica między prowokowaniem do przekraczania siebie samego, a podcinaniem skrzydeł?

Widzimy przecież, jak byle pochwała ze strony Fletchera podbudowuje Andrew. Nieśmiały i aspołeczny chłopak – w wolnym czasie słuchający godzinami muzyki, ewentualnie… chodzący do kina z tatą – nagle nabiera życia. Zaprasza nawet na randkę dziewczynę, do której nigdy nie miał śmiałości podejść. Retoryka stawania na wysokości zadania, potencji, budowania wytrzymałości, jaka powraca w filmie w kontekście gry na instrumencie, czyni zresztą z muzyki energię zgoła seksualną. Kiedy Andrew pierwszy raz wchodzi na salę prób, kątem ucha słyszy starszych kolegów z orkiestry przechwalających się seksualnymi przygodami. Ale seks to broń obosieczna. Kiedy Fletcher chce obrazić swoich uczniów, ucieka się więc do homofobicznych wyzwisk. A marzenia o wielkości i przymus nieustannych ćwiczeń stają się czasem przeszkodą dla matrymonialnych planów Andrew. Chłopak zaczyna czuć, że będzie musiał wybrać między dwiema miłościami.

Ta ciągła dwuznaczność jest największą siłą "Whiplash". Pojedynek charakterów – również pojedynek aktorski (Teller z filmu na film jest coraz lepszy) – nie będzie miał definitywnego rozstrzygnięcia, za to sporo zakrętów i wybojów. Jak w dobrym utworze muzycznym czekają nas crescenda, pauzy i nieoczekiwane zmiany tonacji. Kiedy wydaje się już, że wiemy, w jakim kierunku podąży ta opowieść, Chazelle robi nieoczekiwany zwrot. Ta nieoczywistość zostaje podtrzymana do samego końca. W istocie w tym układzie nie może bowiem być mowy o zwycięstwie absolutnym. Andrew, żeby wywalczyć sobie miejsce w orkiestrze i szacunek nauczyciela, musi bowiem znieść nieludzkie upokorzenia. Fletcher natomiast nie może wygrać, zarazem nie podkopując swojego autorytetu. Nowy Charlie Parker objawi się bowiem jedynie w akcie buntu, niesubordynacji, zrzucenia jarzma władzy mentora.    
 
No i "Whiplash" pozostaje jednym z rzadkich filmów o muzykach, w których bohaterem jest również sama muzyka. Fakt, opowiadając o dążeniu do wykonawczej perfekcji reżyser gubi gdzieś być może duszę, frajdę bezpretensjonalnego muzykowania, wolnego od kieratu liczenia taktów i pilnowania tempa. Ale za to oddaje hołd kunsztowi wykonawców i talentowi kompozytorów. Pokazuje, że jazz to nie przelewki (kamera zatrzymuje się w którymś momencie na plakacie z zabawną sentencją: "Kto nie ma talentu, kończy w kapeli rockowej"). Sam film ma zresztą konstrukcję jazzowego numeru. Wprowadzony na początku temat – wprawka, jaką ćwiczy Andrew na perkusji – powraca w momencie kulminacyjnym ze zdwojoną siłą. Muzyka rzadko ma okazję wybrzmieć na ekranie tak mocno jak w finałowym numerze, gdzie dźwięki orkiestry wspiera dodatkowo popisowy montaż i energiczna praca kamery. Jazzowy standard "Whiplash", który użyczył filmowi tytułu, jeszcze długo po seansie będzie grał wam w głowach. A Fletcher – śnił się po nocach.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 95% uznało tę recenzję za pomocną (947 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (11)

zobacz wszystkie