Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (2017)
Rian Johnson

Powrót Mocy?

"Ostatni Jedi" to zdecydowanie najbardziej kontrowersyjny film w historii "Gwiezdnych Wojen" i rozumiem tych, którzy mają problem z jego odbiorem. A jednak chciałbym pochwalić twórców za chęć ...
Filmweb sp. z o.o.
Jeszcze 40 lat temu nikt by nie pomyślał, że saga "Gwiezdnych Wojen" może zdobyć tak wielką popularność. Wówczas jednak w odległej Galaktyce pojawił się George Lucas - reżyser z wizją, wiarą i czymś, co było w jego przypadku najważniejsze - nadzieją. Wbrew wielu opiniom "Gwiezdne Wojny" nie zrodziły się z niczego - bo właśnie z Nadziei. A także Mocy. Lucas nie miał pojęcia, czy ktokolwiek będzie chciał obejrzeć jego film. On tylko mógł mieć Nadzieję, że tak się stanie. Koniec końców w 1977 roku na ekranach kin pojawiły się "Gwiezdne wojny", które ku zaskoczeniu wielu, okazały się sukcesem. Nie tylko dlatego, że krytycy je docenili, ale przede wszystkim z tego powodu, że widzowie je pokochali. Jednakże Lucas i spółka nie zamierzali na tym poprzestać. I tak z jednego filmu zrodził się pomysł na całą trylogię. Nie było to jednak proste - bo dorównać "Nowej nadziei" to nie lada wyczyn. A jednak włodarze Lucasfilmu zdołali tego dokonać. W jaki sposób? Oczywiście ciężką pracą, ale tym, co w największym stopniu zapewniło im sukces, była Moc. I to pisana dużą literą. Przy "Nowej nadziei" twórców podtrzymywała Nadzieja. Przy "Imperium kontratakuje" Moc była z nimi silna.

Do podobnej sytuacji doszło 40 lat po powstaniu pierwszej części "Gwiezdnych Wojen". Kiedy bowiem w 2015 roku pojawiło się długo wyczekiwane "Przebudzenie Mocy", każdy z widzów wychodził z kina z inną opinią. Jedni uważali, że J.J. Abrams w piękny sposób oddał hołd Starej Trylogii, inni oceniali ten film jako dobry, a pozostali byli zdania, że Disney zniszczył to, co Lucas stworzył. Liczono więc, że "Ostatni Jedi" będzie tym dla trylogii Disneya, czym było "Imperium kontratakuje" dla starej - Powrotem Mocy. Czy jednak najnowsza część "Gwiezdnych Wojen" nie zawiodła pokładanych w niej nadziei? Czy można ją nazwać Powrotem Mocy?

photo.title

"Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi" to ósma część serii "Gwiezdnych Wojen". Jej akcja rozgrywa się tuż po wydarzeniach ukazanych w "Przebudzeniu Mocy". Rey (Daisy Ridley), która odnalazła Luke'a Skywalkera (Mark Hamill), postanawia szkolić się pod jego okiem, by zostać Rycerzem Jedi. Nie wszystko jednak układa się po jej myśli, gdyż Luke nie jest już taki sam, jak kiedyś. Dodatkowo w czasie jej nieobecności flota Ruchu Oporu zostaje złapana w pułapkę. Tymczasem Kylo Ren (Adam Driver), kierowany rządzą zemsty, staje na czele sił Najwyższego Porządku, by raz na zawsze unicestwić Rebeliantów, którymi dowodzi Leia (Carrie Fisher). W tej trudnej chwili Rey, Finn (John Boyega) oraz Poe (Oscar Isaac) będą musieli połączyć siły, by nie dać zgasnąć ostatniej nadziei. Czy jednak im się to uda? I czy Ostatni Jedi nie zawiedzie?

"Ostatni Jedi" już w pierwszych scenach udowadnia, że nie będzie tym samym przyjemnym filmem, co "Przebudzenie Mocy". Oczywiście, nie mam nic do produkcji J.J. Abramsa, gdyż całkiem dobrze się ją oglądało, ale brakowało w niej powagi. Tymczasem w "Ostatnim Jedi" jest troszkę inaczej. Co prawda i tutaj można zauważyć parę odniesień do młodszej publiczności, jak choćby obecność Porgów, ale reżyser na szczęście z ich rolą nie przesadza. I tak już na początku dochodzi do bitwy kosmicznej pomiędzy Ruchem Oporu, a Najwyższym Porządkiem. Sceny te są bardzo kreatywne i robią wrażenie - nie tylko z powodu samotnego lotu Poe Damerona z BB-8 - ale także dlatego, że nowe modele statków są po prostu świetne. Kiedy natomiast w połowie bitwy większość statków Rebeliantów zostaje zniszczonych, widz zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że to nie będzie łatwa wygrana naszych bohaterów. To z kolei sprawia, że w końcu możemy poczuć, że konflikt nabrał znaczenia - i wybuchła wojna.

photo.title  

Film Riana Johnsona znacznie różni się od tego z 2015 roku nie tylko tym, że ma mroczniejszy klimat, ale także pod względem nowatorskiej fabuły. "Przebudzenie Mocy" powtarzało bowiem schemat "Nowej nadziei". Dlatego trudno było w tamtym filmie zauważyć jakieś nowe elementy. Tymczasem "Ostatni Jedi" nie powiela tej samej osi fabularnej znanej z "Imperium kontratakuje". Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ zapowiadające go zwiastuny sugerowały coś zupełnie innego. Wydawało się wtedy, że Luke będzie nowym Yodą, Rey ruszy na pomoc przyjaciołom, a Kylo Ren spróbuje ją przekabacić na Ciemną Stronę. Ostatecznie natomiast obserwujemy inną historię i choć i tutaj da się spostrzec wiele nawiązań do piątej części (jak choćby Bitwa o Crait przypominająca Bitwę o Hoth), to jednak są one zestawione w odmiennej sekwencji. Niestety ta nieprzewidywalność staje się czasami błędem twórców, którzy podpowiadają widzom zbyt wiele. Ale nawet pomimo tych potknięć, "Ostatniego Jedi" nie można nazwać widowiskiem banalnym.

Bardzo cieszę się z faktu, że Rian Johnson w ósmej części postanowił wprowadzić nieco mroczniejszy klimat. Dzięki temu bowiem widz w końcu może poczuć realne zagrożenie. I pod tym względem na wielkie brawa zasługuje reżyser, bo to ciężkie zadanie zmienić tonację filmu, gdy wiemy, że poprzednia część była przyjemną rozrywką. A jednak Johnson próbuje to zmienić i za to należy mu się szacunek. W jego filmie cięższy klimat tylko momentami przeplatany jest zabawnymi chwilami. Jednakże w tym miejscu pojawia się pewna komplikacja. A mianowicie ten humor czasami wydaje się zbędny i sprawia wrażenie wymuszonego. Dobrym przykładem na to są choćby Porgi. Te urocze pingwinko-ptaszki z Ahch-To wzbudzają wielką sympatię, ale momentami przerywniki z ich udziałem są niepotrzebne. Mimo to przyznać trzeba, że w porównaniu do Ewoków, Porgów jest mniej na ekranie i dzięki temu miło się je ogląda. Niestety to dobre wrażenie niszczą pozostałe elementy, jak choćby Opiekunki, które zupełnie nie wiadomo po co są, czy niektóre momenty z BB-8, które są przekombinowane. Ponadto dialogi w tej części są czasami na zbyt dziecinnym poziomie (scena "Halo?"). Na całe szczęście pojawiają się tu także świetne nawiązania do Starej Trylogii, jak choćby rewelacyjnie ukazana scena spotkania Luke'a z R2-D2, które ubogacają humor w filmie Johnsona.

photo.title   photo.title   photo.title

W "Przebudzeniu Mocy" mieliśmy do czynienia z wyraźnie zarysowanym głównym wątkiem, dotyczącym zmagań Rey i Finna w celu dostarczenia BB-8 do bazy Ruchu Oporu. Czasami tylko pojawiał się drugi, który dotyczył Kylo Rena, starającego się udowodnić, że jest w stanie odrzucić od siebie dobro. Tymczasem w "Ostatnim Jedi" mamy bardziej ubogaconą fabułę, która składa się z trzech, a nawet czterech historii. Jednakże i w tym miejscu dochodzi do pewnych komplikacji, ponieważ nie każdy z nich dostaje wystarczającą ilość czasu na rozwinięcie. Zacznijmy jednak od początku...

Pierwsza, główna perspektywa dotyczy tego, co widzów przed premierą najmocniej fascynowało: szkolenia Rey przez Luke'a. Sądząc po zwiastunach, wydawało się, że to będzie ten sam trening, co w "Imperium kontratakuje". Tak się jednak nie stało. Luke udziela pewnych lekcji Rey, ale to nie jest to samo, czego uczył go Yoda. Stary Mistrz Jedi z Dagobah uczył bowiem młodego Skywalkera: "Musisz poczuć otaczającą cię Moc". Luke bowiem zdawał sobie sprawę z tego, że istnieje Moc, ale nie wiedział jak jej użyć. To właśnie Yoda nauczył go, że dla Mocy "Znaczenia wielkość nie ma". Tymczasem Rey nie ma pojęcia, czym jest Moc. Wcielająca się w nią Daisy Ridley już w "Przebudzeniu Mocy" zyskała sporą sympatię widzów. I trudno się temu było dziwić - w końcu to zwykła dziewczyna. Rey w "Ostatnim Jedi" to wciąż ciekawa postać. Daisy Ridley gra bardzo dobrze i choć zbytnio się nie rozwija, to jednak wciąż intryguje...

Rey przybywa na Ahch-To w nadziei, że pozna lepiej tajniki Mocy. Że zrozumie, czym ona jest. Lecz Luke nie jest już tym samym Jedi, co kiedyś. W tym miejscu na wielkie pochwały zasługuje Mark Hamill, który po ponad 30 latach wraca do roli Luke'a Skywalkera. I to w jakim stylu! Kiedyś kojarzył nam się on z wielką postacią. Był on dla nas bohaterem... Tymczasem tutaj Luke mówi, że: "I only know one truth. It's time for the Jedi... to end". Jego bohater przechodzi skrajną przemianę. Teraz już stracił Nadzieję w Moc, w Jedi. Luke zaszył się na odległej planecie, na której zamierzał dokończyć żywota. Takie odmienne przedstawienie postaci jest kontrowersyjne.

Sam Hamill przecież powiedział: "To nie jest mój Luke Skywalker". I rzeczywiście, trudno będzie nam takiego Luke'a zaakceptować. Ale gratuluję twórcom ryzyka - tym bardziej, że się ono opłaciło. Lecz to nie zasługa scenarzystów, a aktora, który fantastycznie się spisał. Dodatkowo to on najlepiej nawiązuje do Starej Trylogii. Picie niebieskiego mleka, świetne spotkanie z R2-D2, czy w końcu genialna rozmowa z Yodą, to tylko niektóre przykłady. A o rozmowie z Wielkim Mistrzem Jedi warto też wspomnieć, gdyż Yoda nie został odtworzony za pomocą efektów specjalnych, ale przy użyciu laleczki, czyli tak jak w "Imperium kontratakuje". Sam Luke ma sporo dobrych scen, ale żadna z nich nie może się równać z tym, co zrobił na końcu. Wielkie mistrzostwo, które udowodniło że nie tylko Mark Hamill zaliczył rolę życia, ale sam Luke stał się Wielkim Mistrzem Jedi.

photo.title

Tymczasem drugi z wątków, który skupia się na tajnej misji Finna i Rose, nie jest już aż tak interesujący. Nie wynika to jednak ze złego pomysłu, bo koncepcja miasta Canto Bight była bardzo dobra. Z czymś podobnym ani razu nie spotkaliśmy się w świecie "Gwiezdnych Wojen". Canto Bight to bowiem doskonałe nawiązanie do kasyn z filmów Martina Scorsese. Problem polega na tym, że potencjał tego miejsca został niewykorzystany. Pojawia się ono bowiem na parę chwil, a zaraz potem się stamtąd wynosimy. A później przenosimy się do niższych sfer (więzienie, niewolnicy), które są ważne, ale takie sceny jak ucieczka na niewolniczych bestiach są za długie. Nie pomagają w tym także bohaterowie, bo John Boyega nie do końca sprawdza się w roli "Grubej Ryby" Finna, a Rose, choć jest ciekawą postacią, to jednak grająca ją Kelly Marie Tran jest nijaka. Najgorsze jednak jest to, że ich misja okazuje się nie mieć żadnego znaczenia dla fabuły. A szkoda, bo taki najemnik jak DJ to naprawdę intrygująca postać, a specyficzny sposób gry Benicio del Toro bardzo mi się spodobał. I coś czuję, że się jeszcze z nim nie pożegnaliśmy...

Kolejnym, trzecim ważnym wątkiem jest dotyczący próby ucieczki sił Ruchu Oporu przed Najwyższym Porządkiem. W tej historii chyba najmocniej wyczuwalny jest klimat "Gwiezdnych Wojen". I to nie tylko dlatego, że fabuła jest całkiem podobna do tych z poprzednich części, ale także z tego względu, że możemy tu znaleźć wiele nawiązań do Starej Trylogii. Nie ukrywajmy jednak, że najważniejsza w tej historii miała być Księżniczka Leia. Po tym, jak wcielająca się w nią ś.p. Carrie Fisher w zeszłym roku pożegnała się z tym światem, stało się jasne, że "Ostatni Jedi" to zwieńczenie jej występów na ekranach kin. Liczono zatem na piękny i wzruszający koniec. Tymczasem to pożegnanie z Leią nie do końca się udało. Nie wynika to jednak z gry Carrie Fisher, bo jest ona równie dobra, co w Starej Trylogii. Problem polega na tym, że Rian Johnson kompletnie nie ma pomysłu na jej postać. Tak jak powroty Hana Solo czy Luke'a można uznać za udane, tak ten Lei nie przekonuje. A tak przecież być nie powinno. Nie wspomnę już o tym lekko komicznym locie Lei w próżni z wyciągniętą ręką jak superbohater. Oczywiście, dobrze, że twórcy pokazali nam, że ma w sobie Moc, ale czy musiało to właśnie tak wyglądać? Nie zawodzi natomiast Oscar Isaac jako pilot Poe, który wciąż wzbudza sympatię i co ważne - dostaje więcej czasu na ekranie. Warto również wspomnieć o bitwach kosmicznych, które imponują swoją pomysłowością, aczkolwiek nie dorównują tym z "Łotra 1". Ogólnie strona wizualna robi dobre wrażenie - efekty specjalne są świetne, zdjęcia rewelacyjne, lecz i tutaj znajdzie się parę gorszych aspektów. Jednym z nich, ku mojemu rozczarowaniu, jest muzyka Johna Williamsa, która choć stanowi miłe tło, to jednak się nie wyróżnia. Mimo to warto wspomnieć o scenie, w której pewien krążownik Ruchu Oporu przez skok w nadprzestrzeń rozrywa imperialny niszczyciel. Przepiękna chwila, po której, gwarantuję, że zamilkniecie, a zaraz potem powiecie: Ale urwał...

photo.title   photo.title   photo.title

Bardzo dobrze pamiętam, jak dwa lata temu z niecierpliwością wyczekiwałem premiery "Przebudzenia Mocy". Moje największe wówczas zainteresowanie wzbudził Kylo Ren, po którym liczyłem, że będzie kimś na miarę Vadera. Możecie zatem tylko sobie wyobrazić, jak bardzo się nim rozczarowałem. Nie wierzyłem zatem, że uda się odmienić Bena Solo. A jednak, ku mojemu zaskoczeniu, tak się stało. Kylo Ren udowodnił w końcu, że jest ciekawą postacią. Duża w tym zasługa reżysera, który chciał go ukazać inaczej. Bo Ben to już nie ten sam zapłakany chłopiec, a człowiek skrzywdzony. Warto pochwalić też backstory Kylo Rena, który ukazuje nam w jaki sposób przeszedł on na Ciemną Stronę Mocy. Osobne brawa należą się Adamowi Driverowi, który w niewiarygodny sposób poprawił swoją grę aktorską. To dzięki niemu Kylo to obok Luke'a największy wygrany tego filmu. Tym jednak, co jest największym jego atutem, to zupełna nieprzewidywalność. Poza tym warto dodać do tego świetny rozwój jego relacji z Rey, a także genialną konfrontację z dawnym mistrzem, Lukiem. Nietrudno jednak i w tym miejscu zauważyć, że w nowej trylogii Disneya nie dostaliśmy jeszcze ani jednego porządnego pojedynku na miecze świetlne, a wątek Rycerzy Ren zupełnie pominięto. Mam jednak nadzieję, że ostatnia część uzupełni te braki i zdoła dobrze zamknąć historię Kylo, na którą ten z całą pewnością zasługuje.

photo.title

Podsumowując, "Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi" to dobry film, któremu warto poświęcić swój wolny czas. Co prawda, nie każdemu on się spodoba, bo sporo w nim kontrowersji, ale pomimo tego, zachwyca swoją stroną wizualną, fantastycznym powrotem Luke'a Skywalkera, a także przemianą Kylo Rena. Oczywiście i tutaj znajdzie się parę gorszych rzeczy, bo scenariusz momentami kuleje, wątku Lei nie udało się dobrze zamknąć i brakuje muzyki Johna Williamsa. Ale nawet te gorsze momenty wynagradza świetna końcówka, pełna emocji, rozmachu, a także wzruszenia.

"Ostatni Jedi" to zdecydowanie najbardziej kontrowersyjny film w historii "Gwiezdnych Wojen" i rozumiem tych, którzy mają problem z jego odbiorem. Z całą pewnością bowiem na długo nie będziemy w stanie przyjąć odmienionej postaci Luke'a. A jednak chciałbym pochwalić twórców za chęć podjęcia tego ryzyka. Właśnie dlatego uważam "Ostatniego Jedi" za film lepszy od "Przebudzenia Mocy" (proszę się nie denerwować, to tylko moje subiektywne zdanie, z którym można się nie zgodzić). Bo twórcom tak jak w "Imperium kontratakuje" nie zabrakło odwagi i w efekcie postawili na coś, co wprowadza coś zupełnie nowego do serii "Gwiezdnych Wojen". "Ostatni Jedi" nie jest filmem idealnym, ale mimo tego to udany powrót mocy, choć nie tej pisanej wielką literą. Nie czas zatem użalać się nad tym, co się już stało, a nabrać nadziei, tak jak niegdyś George Lucas, że ostatnia część, która pojawi się w 2019 roku nie będzie ostatnią chwilą dla "Gwiezdnych Wojen", a chwilą, która na zawsze pozostanie w naszej pamięci...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (152 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (9)

zobacz wszystkie