Recenzja filmu Terminator: Genisys (2015)
Alan Taylor

Powrót po latach

"Scenariusz 'Genisys' jest poplątany bardziej niż kocie futro po długiej drzemce, co dobitnie wpływa na klarowność zdarzeń mających miejsce w fabule. Historia skacze między epokami jak szalona, ...
Filmweb sp. z o.o.
Dla wielu osób seria Terminator kończy się na drugiej odsłonie, który to również sequel w opinii ortodoksyjnych fanów stanowi istną filmową Biblię. Faktycznie, wypuszczony 12 lat (!) później "Terminator 3" odstawał nieco od poważnego klimatu poprzedników, obierając ścieżkę autoparodii, niemniej jako kino akcji w sosie science-fiction dzieło Mostowa jak najbardziej dało się oglądać. Inaczej miała się sprawa z czwartą częścią, w której wiele nowych pomysłów było po prostu chybionych, by wspomnieć choćby olbrzymie transformery czy wyzute z klimatu potyczki między rebeliantami i robotami Skynetu. Na wieść o produkcji "Terminator: Genisys" mocno zabiły serca rzeszy kinomanów. U niektórych przyspieszone krążenie spowodowane było sentymentem do cyklu i chęcią ponownego zanurzenia się w uniwersum, u innych wyrzut adrenaliny był jednak reakcją na profanację, której to jakoby miało dokonać Hollywood na naczelnym cyborgu kinematografii. Pył i kurz na planie zdjęciowym już dawno opadł, "Genisys" zaś zadebiutował w kinach na całym świecie. Która grupa kinomanów miała rację: pierwsza, wyczekująca kontynuacji sagi z wilczym apetytem czy druga, doszukująca się świętokradztwa i gwałtu na pierwowzorach Jamesa Camerona?

photo.title

W roku 2029 ludzkość wciąż walczy o wolność z maszynami. Dowodzone przez Johna Connora (Jason Clarke) oddziały są o krok od odniesienia historycznego zwycięstwa. Przywódca rebeliantów wraz ze swoją prawą ręką, Kylem Reesem (Jai Courtney) planuje zniszczenie ostatecznej broni Skynetu, machiny czasu. Niestety, tuż przed przybyciem wojsk cyborgi wysyłają w przeszłość Terminatora (Arnold Schwarzenegger) z zadaniem zlikwidowania Sary Connor (Emilia Clarke). By powstrzymać śmiercionośną maszynę przed wykonaniem egzekucji, John postanawia przenieść w czasie Reese'a. Gdy Kyle ląduję w Los Angeles circa 1984 r. okazuje się, iż ktoś już zaopiekował się Sarą. Przyszłość ludzkości zależy od rozwoju wydarzeń, których przebieg nie jest, bynajmniej, wyryty w kamieniu...

photo.title

Śmieszna sprawa: w krótkim odstępie czasu do kin zawitały kolejne odsłony kultowych serii, które to filmy starają się złapać kilka srok za jeden ogon. Zarówno "Jurassic World" jak i "Genisys" oddają hołd poprzednim częściom cyklu jednocześnie oferując worek świeżych pomysłów mających zwabić do sal nowy narybek. Niestety, maksyma "co jest do wszystkiego, to jest do niczego" po raz wtóry znalazła smutne potwierdzenie we wspomnianych obrazach, chociaż nie w aż tak brutalnie brzmiącej formie.

photo.title

Jako w miarę rzetelny recenzent (bez głupich dopisków, proszę) przy recenzji nowego "Terminatora" stanąłem na rozstaju dróg. Niezwykle problematyczne to zadanie jednoznacznie ocenić "Genisys" będąc przy okazji wiernym fanem serii. Tym niemniej postaram się wyszczególnić pozytywne i negatywne elementy filmu, który wcale nie jest tak zły, jakby wskazywała na to miażdżąca średnia not przyznanych produkcji Alana Taylora.

photo.title

Scenariusz "Genisys" jest poplątany bardziej niż kocie futro po długiej drzemce, co dobitnie wpływa na klarowność zdarzeń mających miejsce w fabule. Historia skacze między epokami jak szalona, zaś wyjaśnienia serwowane przez Terminatora/Schwarzeneggera przypominają recytację wykutych na blachę formułek, których sensu zapewne nie rozumiał nawet sam aktor. Co prawda po dłuższym namyśle można dojść do sedna międzyczasowych podróży, jednak podczas seansu gnająca na złamanie karku akcja wydaje się być nieco chaotyczna i pozbawiona logiki. Scenarzyści próbowali także zaskoczyć widza twistami fabularnymi serwowanymi niczym z karabinowej serii, co zaowocowało dwojakim efektem. Z jednej strony zabawa linią czasową z poprzednich odsłon stanowi nie lada gratkę dla fanów zasłużonej serii, z drugiej zaś zagorzali fanatycy oskarżą twórców o bluźnierstwo i ignorancję. Jeśli jednak drogi Czytelniku nie masz w pokoju ołtarzyka z wizerunkiem Jamesa Camerona do którego namiętnie wznosisz modły, możesz potraktować "Genisys" jako interesującą wariację na stary (lecz nie przestarzały), wysłużony temat.

photo.title photo.title

Nowy "Terminator" ma masę świetnie nakręconych scen akcji, niestety, większość z nich pasuje do klimatu serii jak pocisk przeciwpancerny do 9mm "plujki". Trzeba uczciwie przyznać, iż sam początek filmu mający miejsce na gruzach Los Angeles z 2029 r. udanie nawiązuje do idei wykoncypowanej przez pomysłodawcę cyklu. Spowite mrokiem miasto składające się z zimnych i podniszczonych zabudowań rozświetlane jest strzałami miarowo oddawanymi przez żołnierzy z nowoczesnej broni. Cyborgi o budzących grozę kształtach przeczesują teren w poszukiwaniu ludzkich niedobitków. Resztki ocalałych desperacko szturmują wrogą bazę, stawiając wszystko na jedną kartę. Wspomniane motywy to, wypisz-wymaluj, pesymistyczna wizja przyszłości z pierwszych dwóch "Terminatorów". Nawet w momencie przeniesienia wydarzeń do roku 1984 gęsta niczym smoła atmosfera zostaje zachowana dzięki ciemności nocy, w której rozgrywa się walka o przyszłość człowieka. Niestety, wraz z nastaniem dnia, film przechodzi w konwencję szybkiego komiksu będącego dodatkiem do przesolonego popcornu i słodkawej coli, którymi raczy się widownia na mało wymagających blockbusterach.

photo.title

Motywy fabularne z drugiej połowy "Genisys" przypominają zestaw pomysłów mieszczących się w ramach kina fantastycznonaukowego, niemniej zmiksowanych na szybko jak, nie przymierzając, płatki błyskawiczne serwowane w biegu na śniadanie. Pokrótce wspomnę tylko, iż scenariusz obejmuje kosmosy żywcem wyciągnięte z niedawnej "Transcendencji", co nijak pasuje do uniwersum starego "Terminatora". Zdaję sobie sprawę, iż świat nie stoi w miejscu, jednak ewolucja cyklu w wykonaniu Alana Taylora to krok w bok miast w przód. W dodatku samo zwieńczenie zmagań z antagonistą to lekka przeginka, która dobrze oddaje stan obecnej kinematografii (kasa musi się zgadzać).

photo.title

Pomijając zapodzianie klimatu poprzedników w dalszej części seansu, na widza czeka wiele atrakcji. Fani franczyzy ponownie zobaczą w akcji model T-1000 płynnie zmieniający kształt (tylko czemu, u licha, ma on lico Azjaty? Ach, ta polityczna poprawność...), po raz pierwszy w historii dojdzie do starcia dwóch modeli T-800, kinomani oczekujący niczym nieskrępowanych dynamicznych sekwencji zapieją zaś z zachwytu na widok szkolnego autobusu koziołkującego nad głowami gapiów. Spektakularnych scen jest zresztą znacznie więcej, zatem widownia nie raz będzie miała okazję podziwiać Terminatora/Schwarzeneggera ochoczo wymiatającego ze spluw czy walczącego... na (niemalże) gołe pięści (?).

photo.title

Autoironiczny humor, będący siłą napędową "trójki", w "Genisys" osiąga małe apogeum. Rola Schwarzeneggera została potraktowana z mocnym przymrużeniem oka, w wyniku czego odgrywany przez aktora Pops/Terminator szczerzy się jak głupi w co najmniej paru momentach. Owszem, za pierwszym razem owo nawiązanie do reżyserskiej wersji drugiej części nawet śmieszy, później jednak robi się żenujące. W wielu dialogach sam T-800 odnosi się w mocno żartobliwy sposób do swojej osoby i starzejącej się tkanki ludzkiej, czym równocześnie lekko burzy mit niezniszczalnej i perfekcyjnej maszyny do zabijania/kochania (odpowiednio "T1" i "T2") z wcześniejszych odsłon. Inna sprawa, iż śmiertelnie poważne potraktowanie cyborga o wyglądzie sześćdziesięcioparo latka mogłoby się skończyć niezamierzonym komizmem na jeszcze większą skalę. Summa summarum, trzeba po prostu zaakceptować zabawową konwencję "Genisys", by nie zgrzytać zębami przy co głupszych motywach.

photo.title photo.title photo.title

Obsada wielomilionowego obrazu rozczarowuje, łagodnie rzecz ujmując. Można puścić w zapomnienie dziwne zagrania typu azjatycki T-1000 będący ukłonem w stronę licznej publiczności o takich właśnie korzeniach, niemniej dobór aktorów do kluczowych ról wydaje się być mocno przypadkowy. Jason Clarke jako John Connor jeszcze jakoś się broni, głównie dzięki sznytom przechodzącym przez całą długość policzka, Jai Courtney również wypada znośnie w roli Reese'a (mimo tego bez porównania z Michaelem Biehnem z "jedynki"). Najgorszym błędem był angaż Emilii Clarke, która ze swoim licem nastolatki ni w ząb nie przypomina przyszłej Sary Connor. Oglądając słodziutką aktoreczkę z karabinem w ręku, widz nie jest w stanie uwierzyć, iż to ta sama osoba, która później traktuje mężczyzn z "liścia" czy puszcza z dymem pół chałupy biednego Dysona. Biorąc jednak pod uwagę zamotanie fabuły, może nowa Connor wcale nie ma wyrosnąć na twardą babkę z charakterem... Miłym zaskoczeniem jest za to udział tegorocznego laureata Oscara, czyli J.K. Simmonsa. Co prawda jego rólka jest stosunkowo skromna, jednak nawet w tak symbolicznym występie aktor zapada kinomanom w pamięć. Oczywisty plus to udział nieśmiertelnego Schwarzeneggera w przedsięwzięciu, który dziarsko daje radę odpierać ataki innych cyborgów, siejąc pożogę z mocarnego shotguna i innych zabawek. Lekki cyfrowy retusz twarzy w połączeniu z make-upem odsłaniającym mechaniczne elementy lica udanie maskują wiek aktora. Co ciekawe, po raz pierwszy w historii serii mamy okazję podziwiać starzejącego się cyborga z włosami przyprószonymi siwizną. Równie dobrze wypadło komputerowo generowane wcielenie Schwarzeneggera z pierwszego "Terminatora", tj. młodszego o kilka dekad. Jak widać, "Austriacki Dąb" wciąż jest w na tyle dobrej formie, iż jest w stanie skopać parę blaszanych tyłków... ku uciesze fanów.

photo.title

Tak jak i w "Jurassic World", tak i w przypadku "Genisys" twórcy oddali hołd kompozytorowi ścieżki dźwiękowej dwóch pierwszych odsłon serii. Charakterystyczny motyw przewodni stworzony przez Brada Fiedela pojawia się podczas seansu, szkoda tylko, iż rozbrzmiewa on bodajże jedynie w napisach końcowych. W wymienionym wcześniej "Jurassic World" słynny utwór Johna Williamsa wpleciony był w zdecydowanie bardziej odpowiednich momentach, natychmiastowo wzbudzając uczucie nostalgii. Cóż, najwyraźniej trzeba się cieszyć, iż kompozycja Fiedela w ogóle znalazła swe miejsce w przepakowanym różnorakimi koncepcjami "Genisys".

photo.title

Jeden z bohaterów nowego "Terminatora" cierpi na dualizm wspomnieniowy; w moim przypadku występuje zaś dualizm związany z oceną "Genisys". Ambiwalentny stosunek do dzieła Alana Taylora spowodowany jest niezrównaną siłą sentymentu, która nie pozwala mi zjechać najnowszej odsłony cyklu niczym rasową kobyłę. Podczas seansu odczuwalne jest niezdecydowanie dwójki scenarzystów, którzy chcieli w ciekawy sposób nawiązać do kultowych dzieł Camerona, jednocześnie wprowadzając szereg pomysłów mających odświeżyć skostniałą formułę. Zapewne autorzy skryptu pod koniec pracy sami głowili się nad logiką zdarzeń, wprowadzając Popsa/Terminatora w roli deus ex machiny w wątpliwy sposób uzasadniającej podróże w czasie. Pomimo chwiejnego szkieletu fabularnego, "Genisys" oferuje masę mrugnięć okiem do widza, zabawę uniwersum i sporo imponujących, choć głównie opartych na CGI, scen akcji. Biorąc pod uwagę powyższe zalety i mankamenty, oferuję nowemu "Terminatorowi" dwie oceny: dla fanów Schwarzeneggera i serii (koniecznie w tej kolejności) naciągane 7=/10, dla pozostałych kinomanów słabe pięć oczek.

Ogółem: 7=/10

W telegraficznym skrócie: kolejny sentymentalny powrót po latach, tym razem reanimacji uległ słynny "Terminator"; scenarzyści mocno namieszali w linii czasowej poprzedników, po drodze nieco gubiąc wątek; fanów ucieszy sporo aluzji do kultowych odsłon cyklu oraz udział samego Schwarzeneggera w pełnokrwistej roli; mimo wszystko nie uniknięto obsadowych pomyłek i nietrafionych pomysłów; efekty specjalne na plus; mroczny klimat "jedynki" i "dwójki" przepadł jednak bezpowrotnie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 57% uznało tę recenzję za pomocną (63 głosy).
kulak4
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie