Recenzja filmu Złodziej koni (1986)
Zhuangzhuang Tian

Poza wspólnotą

Na pewne zjawiska i doświadczenia, czy to utrwalone w sztuce, czy też wciąż obecne na obrzeżach cywilizacji, patrzymy (...) jak na muzealne eksponaty, czasami z nostalgią, czasami z zachwytem ...
Filmweb sp. z o.o.
Wszyscy – albo prawie wszyscy – jesteśmy dzisiaj poza wspólnotą, bo ta de facto nie istnieje, w każdym razie nie w takim kształcie jak być może jeszcze przed kilku dziesięcioleci. Pogrążeni w swoich mikroświatach, wyalienowani przez technologię, wprawdzie jeszcze ze sobą rozmawiamy twarzą w twarz, ale między nami a państwem nie ma już żadnych pośredników (może poza szczątkową formą rodziny), z którymi stale dzielilibyśmy doświadczenia, czas, zobowiązania. Na pewne zjawiska i doświadczenia, czy to utrwalone w sztuce, czy też wciąż obecne na obrzeżach cywilizacji, patrzymy więc jak na muzealne eksponaty, czasami z nostalgią, czasami z zachwytem albo ze wzruszeniem ramion, raczej już bez negatywnych emocji, bo przecież nas to nie dotyczy. Tak jest z poetyckim "Złodziejem koni"Zhuangzhuanga Tiana, przedstawiającym świat, w którym nie ma życia poza rytmem wyznaczonym przez wspólnotę i religię.

Główny bohater filmu, Norbu (Rigzin Tseshang), jest złodziejem koni mieszkającym w tybetańskiej wiosce ze swoją rodziną – żoną i małym synkiem. Kiedy słyszymy "złodziej", nasze skojarzenia są jednoznacznie negatywne, niemniej w realiach przedstawionych w filmie kradzież koni wydaje się jedną z możliwych profesji, owszem, niebezpieczną, ale niewykraczającą całkiem poza tabu. Wprawdzie Norbu wykonuje "zawód" nocą, a to siłą rzeczy musi budzić podejrzenia, i spotyka się z pewną dezaprobatą współplemieńców i rodziny, co sytuuje go nieco na uboczu, ale to dopiero wykroczenie przeciw religii wypchnie go poza społeczne ramy. Od tego momentu o przetrwanie będzie znacznie trudniej – życie jego i jego rodziny zawiśnie na włosku.

Wbrew powyższemu opisowi "Złodziej koni" nie ma nic wspólnego z kinem społecznym czy kontestacyjnym (eksploatującym motyw konfrontacji jednostki z opresyjną społecznością), sama fabuła jest ledwie zarysowana, a dialogi ograniczają się do minimum. Miejscami dzieło Tiana może kojarzyć się z dokumentem etnograficznym, ale próba wepchnięcia go w te ramy też byłaby nieporozumieniem, chociażby dlatego, że nie ma tu nawet śladowego komentarza. Najłatwiej więc powiązać go z szeroko rozumianą poetyckością, a może nawet uznać za film medytacyjny czy kontemplacyjny. Złożony z kadrów przedstawiających tybetański pejzaż i obrzędowość, wpisuje historię Norbu w tradycyjny porządek życia i śmierci, sacrum i profanum, z zachowaniem jednak pewnej atencji dla losu pojedynczego człowieka.

Ironią w tym wszystkim może być to, że mimo tak odmiennych losów na moment spotykamy się z głównym bohaterem w doświadczeniu samotności, a jeszcze większą, że za tym doświadczeniem idzie inne – śmierci. Tyle że nie jak w przypadku Norbu, z powodu niemożności spełnienia podstawowych potrzeb (dach nad głową, jedzenie, bezpieczeństwo), ale przez skrajną izolację i zerwanie z ludźmi. Czasami to śmierć gwałtowna, wynikająca z tragicznego wyboru, czasami na raty – przypadek więdnącej duszy. Samotność tak kiedyś, jak i dziś to kroczenie ciemną doliną; jeśli jednak kiedyś trafiało się do niej za karę, dzisiaj jest coraz częściej "naturalnym" środowiskiem człowieka.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).