Recenzja filmu Zimna wojna (2018)
Paweł Pawlikowski

Raz na zawsze

Historia "Zimnej wojny" nie wnosi do narracji niczego innowacyjnego. Przeciętny współczesny kinoman jest już doskonale zaznajomiony z podobnymi schematami melodramatycznymi - jest zakazana ...
Filmweb sp. z o.o.
Najnowszy film nagrodzonego Oscarem Pawlikowskiego jest czarno-biały do granic możliwości. Czerń i biel "Zimnej wojny" dominuje nie tylko w przypadku charakterystycznej stylistyki kolorów filmu, którą reżyser popisał się już w przypadku Oscarowej "Idy" - widoczna jest ona w każdym dialogu, najdrobniejszych gestach bohaterów i przede wszystkim, w hipnotyzującej muzyce. Nie uświadczymy w interakcjach bohaterów Pawlikowskiego wielu pogawędek ani zalotnych uśmiechów, a teksty muzyki ludowej, która sączy się niemal z każdej sceny tego obrazu, będą bez ogródek i zbędnych métaphores mówiły o miłosnych rozterkach Zuli (Joanna Kulig) i Wiktora (Tomasz Kot).

Historia "Zimnej wojny" nie wnosi do narracji niczego innowacyjnego. Przeciętny współczesny kinoman jest już doskonale zaznajomiony z podobnymi schematami melodramatycznymi - jest zakazana miłość, jest kontekst historyczny i jest całe mnóstwo infantylnych konfliktów pomiędzy kochankami. Jednak powód, dla którego ów hipotetyczny kinoman nie opuszcza sali kinowej w ogarniającym go poczuciu znudzenia leży głównie w oprawie tego schematu. Każdy kadr w "Zimnej wojnie" sprawia wrażenie skomponowanego z ogromną precyzją małego arcydzieła, dialogi są bystre i dosadne, a muzyka prowadzi narrację w niemal równym stopniu co kamera. Ujęcia są powolne i długie, a ilość zawartych w nich elementów zamiast przytłaczać, intryguje. Fabuła zaś, w przeciwieństwie do pojedynczych scen, toczy się z zaskakującą prędkością; zanim widz zdąży się przyzwyczaić do konfliktów i namiętności mających miejsce w poszczególnym momencie życia bohaterów, akcja nagle zostaje niespodziewanie przeniesiona o parę lat w przód. Ciąg wydarzeń jest traktowany wyjątkowo oszczędnie.

Osadzenie akcji w opanowanej socjalistyczną fascynacją Polsce Ludowej daje doskonałą okazję do uwypuklenia cech poszczególnych postaci - towarzysz Bielecka (Agata Kulesza) nie stara się ukrywać poczucia zniewagi wszechobecnym socrealizmem, Kaczmarek (Borys Szyc) z uśmiechem na ustach współpracuje z systemem, Wiktor przyjmuje postawę artystycznego buntu, zaś Zula naiwnie robi to, co konieczne. Historia bardzo szybko jednak znika z pierwszego planu, a później jedynie majaczy na ekranie jako zrujnowany kościół, grupa przejeżdżających samochodem żołnierzy czy baner z wizerunkiem Stalina. Na pierwszy plan zaś wychodzą: On - cichy, czarujący, genialny i Ona - naiwna, dziecinna i utalentowana. Duża część narracji toczy się z męskiej perspektywy gdy obserwujemy tęskniącego za kobietą życia kompozytora zapijającego smutki w spowitych papierosowym dymem paryskich barach. Jednak blisko połowy filmu, narracja przejmuje perspektywę Zuli, której zachowania, pomimo dobrego aktorstwa Joanny Kulig, są w większości irracjonalne i budzące niechęć widza do jej postaci, co jest głównym mankamentem "Zimnej wojny". Trudno jest bowiem przywiązywać emocjonalną wagę do centralnego elementu opowieści, jakim jest romans dwójki głównych bohaterów jeśli widz odczuwa w stosunku do nich jedynie połowiczną sympatię.

Pomimo widocznych momentami ograniczeń pod względem fabularnym film Pawlikowskiego zapada w pamięć za sprawą wagi, którą przywiązuje on do estetyzmu i zdjęć na poziomie rzadko spotykanym w rodzimych produkcjach. Zaskakuje widza ujęciem czasu, zachwyca zawodzącym śpiewem obleczonych w chusty młodych kobiet, a przede wszystkim sposobem, w jaki łączy te wszystkie elementy i sprawia, że każdy z nich jest równomiernie znaczący dla warstwy znaczeniowej dzieła. Nawet ciągły 'wyścig zbrojeń' kompozytora i piosenkarki wobec całości tego obrazu stanowi jedynie ułamek całej magii "Zimnej wojny".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (74 głosy).
Piontaas
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)