Recenzja filmu Terminator: Genisys (2015)
Alan Taylor

Robokalipsa, odcinek 3839

Dla twardogłowych fanów seans nowego "Terminatora" będzie raczej traumatycznym doświadczeniem. Twórcy "Genisys" bezceremonialnie obchodzą się bowiem z kultowym uniwersum. Wystarczy spojrzeć na ...
Filmweb sp. z o.o.
"Terminator: Genisys" zaczyna się, jak James Cameron przykazał. Deszcz wystrzelonych przez Skynet głowic nuklearnych zamienia Ziemię w spowity popiołem  cmentarz. Na zgliszczach starego świata kursują roboty, których zadaniem jest zamykanie ludzkich niedobitków w obozach śmierci. Wojak Kyle Reese raz jeszcze cofa się do 1984 roku, aby uratować przed śmiercią Sarę Connor – matkę przywódcy rebelii przeciwko maszynom. Na miejscu zamiast płaczliwej kelnerki bohater spotyka jednak amazonkę w ramonesce. Dziewczynie towarzyszy w dodatku cyborg T-800, który z elektronicznego mordercy przeistoczył się w obrońcę i mentora. To nie wszystko. Stalowy opiekun (zwany pieszczotliwie Popsem, czyli tatką) co rusz dyskretnie podpytuje Sarę, kiedy zamierza wreszcie "spółkować" z Reese'em i w ten sposób spłodzić przyszłego zbawiciela ludzkości. Cytując klasyka: że co?

photo.title

Cóż, dla twardogłowych fanów seans nowego "Terminatora" będzie raczej traumatycznym doświadczeniem. Twórcy "Genisys" bezceremonialnie obchodzą się bowiem z kultowym uniwersum. Wystarczy spojrzeć na emblematyczną dla serii postać T-800. Cyborg jest tu w zasadzie postacią drugoplanową i tak zwanym comic reliefem. Jeśli akurat nie częstuje publiczności jakimś  sucharem, pełni rolę zastępczego ojca dla Sary albo podśmiewa się ze swojego podeszłego wieku. Stary, ale użyteczny – powtarza robot, a widz czuje, że zdanie to można odnieść równie dobrze do aktualnego statusu Arnolda Schwarzeneggera w Hollywood. Komediowy ton – jeszcze bardziej wyraźny  niż w pastiszowej trójce – stoi, niestety, w kontrze do apokaliptycznej tematyki filmu. Z drugiej strony ułatwia przełknięcie pokaźnej liczby fabularnych nonsensów generowanych przez wątek podróży w czasie.

Kręte są ścieżki, którymi chadzają myśli producentów. Od czasu, gdy Cameron rozstał się z "Terminatorem", kolejne odsłony legendarnego cyklu powierzano wyłącznie drugoligowym wyrobnikom. Twórca piątej części Alan Taylor to także reżyser stylu zerowego, który na planie seriali HBO nauczył się, jak gładko dostrajać się do cudzej artystycznej wizji. Ta umiejętność przydaje mu się, gdy musi zainscenizować od nowa słynne sceny z oryginału. Jeszcze inne źródło inspiracji to kino Christophera Nolana – zaprawdę trudno uwierzyć w to, że przed nakręceniem pościgu po moście Golden Gate Taylor nie obejrzał uważnie "Mrocznego rycerza" i "Incepcji". Zgodnie ze złotą zasadą kręcenia sequeli wszystkiego jest tu więcej: eksplozji, efektów specjalnych, wreszcie terminatorów. O ile jednak 30 lat temu Schwarzenegger w pojedynkę sprawiał, że paznokcie publiki były obgryzione do krwi, dziś nawet w towarzystwie kilku nowszych modeli nie budzi choćby ułamka tamtych emocji.

photo.title

"Genisys" nie broni się w ogóle jako kolejny "Terminator". To film będący przykładem na to, że Hollywood dawno temu zjadło własny ogon, wydaliło go, a teraz pałaszuje od nowa. Niemal wszystko jest tu cytatem, mrugnięciem okiem, parafrazą albo rekonfiguracją. Trudno się tą historią przejmować, skoro twórcy mogą ją w następnej części unieważnić i rozpocząć od nowa. Jeśli jednak zapomnimy o rodowodzie "Genisys" zobaczymy widowisko z niezłym tempem, sporą ilością efekciarskiej akcji oraz absurdalnego humoru. Słowem, typowy wakacyjny blockbuster za wywrotkę dolarów. Wystarczy wyłączyć zwoje mózgowe, a odgłosy miażdżonego metalu staną się melodią dla uszu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 66% uznało tę recenzję za pomocną (589 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie