Recenzja serialu Skazany na śmierć (2005)
Fred Gerber
Brett Ratner

Rozrywkowy torcik

Na początku drobna uwaga: czwarty i piąty akapit opisują elementy fabuły kolejno drugiego i trzeciego sezonu. Jeśli więc ktoś dopiero zaczyna pierwszy sezon i nie chce wiedzieć, czy uciekną, ...
Filmweb sp. z o.o.
Na początku drobna uwaga: czwarty i piąty akapit opisują elementy fabuły kolejno drugiego i trzeciego sezonu. Jeśli więc ktoś dopiero zaczyna pierwszy sezon i nie chce wiedzieć, czy uciekną, niech pominie akapit czwarty. I tak dalej.


Tak więc, co my tu mamy? Dwóch braci, z których jeden to paker mający problemy z kontrolowaniem gniewu, a drugi to genialny inżynier w eleganckim garniturku. Jeden z nich zostaje skazany na śmierć, jak to głosi polskie tłumaczenie tytułu serialu. Chodzi oczywiście o starszego brata, tego pakera, Lincolna Burrowsa. Oskarża się go o zamordowanie brata pani wiceprezydent. Lincoln, choć w swym życiu nie zawsze postępował tak, jak trzeba (tzn. tak, jak jego brat) w tym akurat przypadku jest niewinny. Drugi z rodzeństwa, Michael Scofield, wyposażony w nieprzeciętną inteligencję i plan więzienia wytatuowany na ciele, rusza na pomoc. Wymachując pistoletem udaje, że napada na bank i, ku uciesze swojej i brata, trafia do więzienia z zamiarem rychłej ucieczki. Tam to zaczyna się prawdziwa akcja.


Michael wierci dziurę w swojej celi, a kiedy ma chwilę wolnego czasu, szuka towarzyszy, którzy mogą mu się przydać podczas podróży. I w tym oto punkcie poznajemy kilka ciekawych osobowości. Jest bogaty gangster John Abruzzi, spoko kumpel z celi Fernando Sucre, zboczeniec T-Bag, chory psychicznie Patoshik (mój ulubieniec) i kilku innych, bardziej lub mniej pokręconych więźniów. Są też strażnicy, a niejeden z nich swymi grzeszkami przerasta nawet podopiecznych.
Trochę dalej, w gabinecie lekarskim, znajduje się dr Sara Tancredi. Bo jakże mogłoby obyć się bez wątku romantycznego? Zatem naszego głównego bohatera i panią doktor zaczyna łączyć uczucie. Na zewnątrz natomiast istnieje Firma, tajemnicza, potężna organizacja polityczno-mafijna, która bardzo chce uprzykrzyć, ba, nawet odebrać życie duetowi Scofield - Burrows.


No i sezon pierwszy się toczy. Zwrotów akcji jest w pip i z powrotem, źli kolesie okazują się dobrzy i na odwrót, Michael dłubie i dłubie tą dziurę w celi, pani doktor zakochuje się w Scofieldzie coraz bardziej, ktoś umiera, pojawiają się nowe intrygi, po czym znowu ktoś umiera, a nam się łezka w oku kręci. Człowiek ogląda, szczęka momentami opada mu tak, że musi ją z podłogi zbierać, a oczy wyskakują z orbit i dyndają na sprężynce, tak jak w kreskówkach. Jesteśmy zaskakiwani i wciągani w życie bohaterów. Podrygujemy jak na meczach, mrucząc pod nosem "Scofield, nie daj się!". Przynajmniej mi zdarzały się takie odczucia. A z usłyszanych i przeczytanych opinii wnioskuję, że nie jestem w tym osamotniona.


To był pierwszy sezon. Potem zaczął się drugi. Miejsce akcji się zmienia, bohaterowie opuścili więzienie i znajdują się w nowych okolicznościach. Nie wszyscy, bo część odpadła. Za to pojawiają się nowi, m.in. genialny prawie tak jak Michael agent FBI Mahone. W sezonie drugim mamy pojedynek mistrzów, czyli Scofield kontra Mahone, pościgi, ucieczki, kolejne trupy, a także ciąg dalszy przyjaźni i romansów. Nie jest źle, ale gorzej niż w sezonie pierwszym. Zdarzają się niezłe odcinki, które sprawiają, że wciąż jestem pełna nadziei i czekam na powrót "Prison Break" z całą jego klasą.


A potem nastał sezon trzeci. Oczywiście, jak zwykle, przegrupowanie - ktoś odpada, parę osób przybywa. Akcja znowu się przenosi. Mamy powtórkę z rozrywki, tyle że trochę na odwrót - tym razem to Michael ląduje w więzieniu! I to jeszcze w jakim! Koniec czystych więziennych uniformów. Przyszła pora na brudne podkoszulki i gorące słońce Panamy! Scofield znowu w ciupie, tym razem z zadaniem wydostania na zewnątrz tajemniczego gościa o nazwisku Whistler, o którym nikt nie wie, czy jest dobry czy zły, za to wszyscy chcą go dorwać.
Z sezonem trzecim jest tak, że dałoby się go znieść, jeśli zapomniałoby się o czym i jak genialna była pierwsza część. To mogłoby zlikwidować uczucie deja vu i wywołujące żal wspomnienia.
Przez jakiś czas wciąż tliła się we mnie iskierka nadziei na powrót dawnego "Prison Break", ale zgasła, kiedy głowa jednej z głównych postaci została odcięta i umieszczona w pudełku. Elementy rodem z "Dextera".


Przydałoby się kilka słów o aktorach i granych przez nich postaciach. Jeśli chodzi o Wentwortha Millera - jest przystojny. Powiem to nie tylko ja, ale też tabuny nastolatek i redakcje młodzieżowych gazet, które ukochały sobie tego aktora. Co zaś tyczy się jego gry - Scofield jest generalnie ciekawą postacią, co daje Wentowi pole do popisu. Niestety, nie do końca je wykorzystuje. Nie powiem, żeby było jakoś tragicznie, ale stale tak samo przymrużone oczy Millera robią się nudne gdzieś tak w połowie drugiego sezonu.
Co do Dominica Purcella i drugiego brata - mi osobiście wydaje się trochę drewniany i głupawy, ale całkiem możliwe, że tak właśnie miało być.
Poza tym przez serial przewija się kilka naprawdę interesujących, dobrze zagranych postaci. Warto w tym momencie wspomnieć o Williamie Fichtnerze wcielającym się w znerwicowanego Mahone'a, Robercie Knepperze, który sprawia, że T-Bag jest naprawdę okropną postacią (i o to chodzi), a także o Peterze Stormare, grającym Johna Abruzziego.
Można by wymienić jeszcze kilka ciekawych bohaterów i dobrych aktorów, ale daruję sobie, żeby zbytnio nie przynudzać.


Teraz wypadałoby jakoś wszystko podsumować, ale to będzie bardzo trudne. "Prison Break" jest bowiem serialem, który diametralnie zmienia poziom z sezonu na sezon. Tak więc, z wbijającej w fotel porcji rozrywkowego tortu zostały kandyzowane wisienki. Da się je przełknąć, ale wspomnienie słodziutkiego tortu pozostawia wielkie uczucie niedosytu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 42% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).
aniela917
ocenia ten serial na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)