Recenzja filmu Wielkie piękno (2013)
Paolo Sorrentino

Słodkie życie wieczne

Język tej opowieści opiera się na kontraście między przerysowaną brzydotą a tytułowym "Wielkim pięknem" bezskutecznie poszukiwanym przez głównego bohatera. Nie bez powodu po premierze filmu ...
Filmweb sp. z o.o.
Zaczyna się wystrzałem z armaty, dalej leci z impetem pocisku i trudno wyobrazić sobie dla tej opowieści lepszy początek. Opis fabuły zapowiada bowiem historię starzejącego się dziennikarza błąkającego się po Rzymie w poszukiwaniu podniet i wzruszeń – może coś w rodzaju "Rzeczy o mych smutnych dziwkach" Gabriela Garcíi Márqueza. Zanim ktokolwiek zdąży się zastanowić, czy ma ochotę na nostalgię, liryczny nastrój i egzystencjalne refleksje, Paolo Sorrentino trzyma go na haku i ciągnie przez pierwszą, zaskakująco dynamiczną i niewiarygodnie gęstą sekwencję. Sama w sobie stanowi ona dzieło zamknięte, które można by pokazywać jako samodzielną krótkometrażową wizytówkę Rzymu. Drepczą turyści i Rzymianie, słychać sakralną muzykę, która podkreśla tylko to, co widoczne jest gołym okiem – jeśli to miasto zbudował człowiek, działo się to w czasach, gdy był doskonalszym stworzeniem i miał lepszy kontakt z wyższymi bytami. Kamera płynie, kręci piruety, w końcu przenosi się na dziką imprezę, tonącą w alkoholu, kokainie i morzu rozdygotanych ciał. Odmóżdżająca, jednostajna muzyka nie pozostawia wątpliwości, że trafiliśmy z nieba do piekła. Inaczej trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego wszyscy tak doskonale się tu bawią.

photo.title

Brzydcy, przemijający ludzie na tle pięknego, wiecznego miasta – to zestawienie wracać tu będzie raz po raz. Język tej opowieści opiera się na kontraście między przerysowaną brzydotą a tytułowym "Wielkim pięknem" bezskutecznie poszukiwanym przez głównego bohatera. Nie bez powodu po premierze filmu krytycy zestawiali go z postacią graną przez Marcello Mastroianniego w "Słodkim życiu" – dziennikarzem bratającym się z gwiazdami, świetnie zapowiadającym się pisarzem, który zatracił się w pędzie życia. Byłby dziś on nieco starszy od obchodzącego właśnie 65. urodziny Jepa Gambardelli, który budzi się w południe tylko po to, by po kawie zapaść w drzemkę. Popołudnie umila sobie wywiadami, podczas których upokarza młodych, pretensjonalnych artystów, a gdy porządni Rzymianie kładą się spać, on udaje się na kolejną pijacką orgię, by błyszczeć intelektem, temperować towarzystwo cynicznym dowcipem, a nad ranem zwlec się do domu z łóżka jakiejś przygodnie poznanej piękności.

O fabule trudno mówić – Sorrentino zabiera swoich widzów na wycieczkę po Rzymie, która jest jednocześnie wycieczką po duszy bohatera. Sacrum ciągle świetnie dogaduje się z tutaj z profanum, cudotwórcy siadają przy jednym stole z hochsztaplerami, a nocą Wieczne Miasto zamienia się w tymczasowe centrum wszechświata. Marcello zamieniając się w Jepa, nie zmienił się zbyt mocno. Intensywna seksualna terapia wyleczyła go ze zbytniej wylewności wobec pięknych kobiet i odkrył, że nie może tracić więcej czasu na rzeczy, których nie chce robić. Jego twarz zdradza, że przegryzł naturę wszechświata i nabrał bezwzględnej pewności, że pod spodem zieje pustka, a życie jest drogą do śmierci, którą można jedynie sobie umilać erudycyjnymi żarcikami. Ale jemu także przydarzy się bolesny moment trzeźwości i niepokoju, gdy podczas jednego z porannych powrotów do domu spotka na klatce schodowej obcego mężczyznę, który przyniesie mu wiadomość o niespodziewanej śmierci.

photo.title

Kierowany żądzą bohater Felliniego rzucał się zachłannie na życie i jego ucieleśnienie odnalezione w zmysłowej hollywoodzkiej aktorce. "Sylvio, jesteś wszystkim. Jesteś pierwszą z kobiet. Jesteś matką, siostrą, kochanką, przyjaciółką. Jesteś aniołem, diabłem, ziemią, domem. Tym właśnie jesteś: domem" – wielbi ją w tańcu. Ta scena ma swój odpowiednik u Sorrentino, który pokazuje facecika wykonującego kompulsywny balet u stóp tancerki. Wielbi ją i zaklina na własny sposób. "Będę cię rżnął" – syczy raz po raz.

Jeśli czytać "Wielkie piękno" jako portret włoskich elit kulturalnych, to byłby to obraz skrajnie pesymistyczny, bo Sorrentino dzieli jej przedstawicieli na pretensjonalnych głupców i cynicznych mędrców. To jednak byłoby za proste – wystarczyłoby bowiem wylać tę skisłą śmietankę towarzyską do kibla, by kawa odzyskała swój głęboki smak, a ludzkość mogła powrócić do mitycznego raju. Film dostarcza mniej więcej tyle społecznej diagnozy, co "Boski", w którym Sorrentino opowiadał o karierze Giulio Andreottiego. Czy to elity kształtują rzeczywistość czy rzeczywistość elity? Gdzieś poza kadrem istnieją przecież jacyś tak zwani "dobrzy, prości ludzie" (Jep spotyka dwa takie okazy i zachwyca się nimi, jakby obserwował w zoo słodkie małe pandy). Ale skoro tak wygląda szczyt drabiny społecznej, jakie szanse mają ci, którzy stanowią jej podstawę?

photo.title

W "Wielkim pięknie" ważniejsza od diagnoz i fabuły jest jednak forma i pod tym względem filmowi bliżej do "8 i ½" niż do "Słodkiego życia". Trwa pochód dziwaków, obrazy kotłują się, przekształcają co chwila w coś nowego. Reżyser przeciska rzeczywistość przez grube sito, by wycisnąć z niej wodę i zagęścić do granic możliwości. Wszystko jest tu przejaskrawione, pociągnięte ostrą i grubą kreską na zbyt mocno rozciągniętym płótnie. Nawet miły uśmiech zmienia się w dziwaczny grymas, zza którego wyłania się jednak coś prawdziwego. Narzędzia, które dają realizm, czasem okazują się zbyt ubogie, by opowiadać o rzeczywistości. U Felliniego za feerią cudaczności, nawet gdy zahaczała o brzydotę, zawsze czaiło się życie. U Sorrentino jest to raczej śmierć.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (495 głosów).
Darek Arest
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie