Recenzja gry 11-11: Memories Retold (2018)

Słodko i zaszczytnie

Ach, ta wojenka, ciągle jej mało. Strzelanie do Niemca chyba nigdy się nie znudzi, nawet jeśli chodzi o konflikt sprzed czterdziestego piątego, bo czy to pierwsza, czy druga światowa, to i tak ...
Filmweb sp. z o.o.
Ach, ta wojenka, ciągle jej mało. Strzelanie do Niemca chyba nigdy się nie znudzi, nawet jeśli chodzi o konflikt sprzed czterdziestego piątego, bo czy to pierwsza, czy druga światowa, to i tak biegniemy z karabinami gdzieś za Ren i Łabę. Ironia ta może wydać się nie na miejscu, lecz fakt faktem, popkultura uczyniła z nazisty niemalże esencjonalny czarny charakter i trudno wyobrazić sobie rynek gier bez blitzkriegu. Zawsze mi się wydawało – być może błędnie, bo specjalistą nie jestem, to jedynie subiektywne odczucie – że okropieństwa, jakich dopuścili się hitlerowcy, poszły niejakim rykoszetem i wpłynęły znacząco na naszą optykę pierwszej wojny światowej. A tu, cokolwiek znienacka, "11-11: Memories Retold" ma czelność nam mówić, że Niemcy też ludzie.

photo.title

Tytuł gry to nie żaden zaszyfrowany kod, ale data; nie chodzi jednak, a przynajmniej nie bezpośrednio, o odzyskanie przez Polskę niepodległości, lecz o podpisanie rozejmu kończącego działania wojenne. Akcja rozpoczyna się na długo przed listopadem 1918 roku, do tego z dala od frontu. Bohaterowie tej historii dopiero się do wojska zaciągają. Harry, młody kanadyjski fotograf, godzi się cyknąć na zachodnim froncie kilka propagandowych fotek, mając nadzieję, że zdobędzie sławę i dziewczynę. Z kolei Kurt, harujący przy zeppelinach niemiecki mechanik, przywdziewa mundur, chcąc odszukać zaginionego syna-żołnierza. Obaj trafiają pod wzgórza Vimy, gdzie oddziały alianckie mają dopiero stoczyć pamiętną bitwę z siłami kaisera. Dla obu wojna ma wymiar niemalże abstrakcyjny. I żaden z nich nie wystrzeli ni razu. O ile, oczywiście, tak zadecydujemy.

photo.title

Bo "11-11: Memories Retold" jest niemalże antytezą gry akcji, to raczej fabularna opowieść kreśląca zindywidualizowany – ale, niestety, niezmiennie uromantyczniony; myślę, że Wilfred Owen miałby na ten temat sporo do powiedzenia – obraz wojny oglądanej z perspektywy Harry'ego i Kurta, których ścieżki rozchodzą się i przeplatają. Interesująco zaakcentowano tutaj kwestię kształtowania wspomnień, bo to my wybieramy, które zdjęcia młody chłopak prześle ukochanej i co stęskniony ojciec napisze do córki, jaki portret wojny narysujemy. Każde działanie prowokuje daną reakcję i prowadzi do jednego z kilku zakończeń, lecz, mówiąc zupełnie szczerze, nie miałem ochoty przechodzić gry ponownie. Po części dlatego, że wydała mi się ona kompletna już po pierwszym ukończeniu, a po drugie sama rozgrywka niekoniecznie do tego zachęca. "11-11: Memories Retold" jest bowiem ofiarą swojego konceptu, grą traktującą siedzącego przed telewizorem człowieka nie jako aktywnego uczestnika przedstawionych zdarzeń, lecz ich odbiorcę. Może nie całkiem biernego, ale nasze działania są mocno ograniczone, bo czasem przesuniemy jakąś skrzynkę i to tyle. Reszta to gadka i wybijające z rytmu, acz opcjonalne, szukanie porozrzucanych tu i ówdzie rzeczy, pośród których znajdziemy różnorakie dokumenty z informacjami o pierwszej wojnie światowej, co z kolei otworzy nam dodatkowe opcje wyboru ścieżki, którą chcemy podążać. Na szczęście sam scenariusz – oraz niemalże malarska, rozedrgana oprawa; ten drżący świat zdaje się sugerować ciągły ruch pędzla na płótnie – jest na tyle zajmujący, że tych parę godzin wytrzymamy.

photo.title

Ale co, jeśli nie chcemy już dłużej czytać i słuchać tego, co mają nam do powiedzenia bohaterowie i napotykani przez nas ludzie? Ano nic, "11-11: Memories Retold" podobnej możliwości po prostu nie przewiduje. Dlatego trudno jednoznacznie ten projekt ocenić. Piątka za fabułę. Trója za resztę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Bartosz Czartoryski
ocenia tę grę na:
1 10 5/10 średna