Recenzja filmu Avengers: Wojna bez granic (2018)
Anthony Russo
Joe Russo

Symfonia zniszczenia

Trwająca dwie i pół godziny fabuła to prawdziwy rollercoaster - CGI wypala oczy, mieszanka dynamicznych ujęć kręconych z ręki i slow-mo nadaje jeszcze większego tempa, bohaterowie padają jak ...
Filmweb sp. z o.o.
Poprzeczka została postawiona naprawdę wysoko. Po wielu udanych filmach i miliardach zarobionych dolarów, fani MCU oczekiwali na zwieńczenie franczyzy w najbardziej możliwie spektakularny sposób. Weteran seansów Marvela jak dotąd mógł stwierdzić, że nic nie jest w stanie go zaskoczyć - tymczasem na scenę wkracza Thanos. Tytan jest nieco ambitniejszy od swoich poprzedników, i zamiast tylko jednego, ma zamiar zgromadzić wszystkie sześć Kamieni Nieskończoności i dokonać anihilacji na połowie Wszechświata. Avengers będą mieli pełne ręce roboty.

Już w pierwszych scenach filmu jesteśmy świadkami, jak Josh Brolin swobodnie przechadza się wśród morza trupów;od tamtego momentu widzowie nie mają złudzeń. To nie będzie wesoła zabawa w piaskownicy, jak w przypadku Thora:Ragnarok - w końcu otrzymamy angażującą emocjonalnie opowieść, ze znacznie obniżonym poziomem plot armoru. Żarty się skończyły. 

Dogłębniejsze opisywanie fabuły, unikając spojlerów, jest właściwie bezcelowe. Bracia Russo od razu rzucają nas w sam środek akcji, nie bawiąc się w zbędne ekspozycje bohaterów. Na ekranie pojawiają się prawie wszystkie znane nam z uniwersum postacie (również te zapomniane), ale każda z nich dostaje swoje pięć minut, a swoje przeczucia co do przeładowania ilością starych i nowych Avengersów zostawiamy w kinowym holu. Studio Kevina Feige'a  na swoją rocznicę przyrządziło nam smaczny tort, złożony z bohaterskiego biszkoptu, ogromnej porcji kremu CGI, nuty dramatu oraz szczypty klasycznego męskiego humoru. No i wisienki w postaci świetnego antagonisty. 

I to właśnie on jest fundamentem całego filmu, kradnąc show innym gwiazdom. Thanos to skomplikowana psychologicznie postać, mająca swoje dylematy moralne. Oczywiście nie przeszkadza mu dezintegracja bilionów istnień-choć, ku w jego uznaniu, większemu dobru. Choć przed seansem obawiałem się kolejnego Malekitha, dostałem wroga na miarę Lokiego. 

Mimo że rola Josha Brolina jest najmocniejszym akcentem filmu, inni aktorzy nie ustępują mu pola. Swój poziom utrzymują Robert Downey Jr. i Benedict Cumberbatch, ale z bardzo dobrej strony pokazał się również Chris Hemsworth, Tom Holland oraz Chris Pratt. Ich potyczki słowne i nawiązania do klasyki kina dają chwilę wytchnienia od festiwalu wybuchów i bijatyk.
 
Trwająca dwie i pół godziny fabuła to prawdziwy rollercoaster - CGI wypala oczy, mieszanka dynamicznych ujęć kręconych z ręki i slow-mo nadaje jeszcze większego tempa, bohaterowie padają jak muchy, a zakończenie pozostawia widza na skraju siedzenia. Mimo tego nie jest pozbawiona wad. Czasami widać drobne luki w scenariuszu i niekonsekwencję względem poprzednich filmów MCU, ale to naprawdę drobne problemy, które ciężko dostrzec przy takim spiętrzeniu zdarzeń i towarzyszących im emocji. Avengers: Infinity War to zdecydowanie najlepszy film i zarazem bardzo dobry prezent urodzinowy studia. Anthony i Joe Russo wykonali kawał dobrej roboty, potwierdzając swój poziom po "Zimowym Żołnierzu" i "Wojnie bohaterów". Nie ma co się oszukiwać - na takiego Marvela wszyscy czekali.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 62% uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
Vaartr
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie