Recenzja filmu Rob the Mob (2014)
Raymond De Felitta

Teraźniejszość nie jest już taka jak dawniej

Jest coś unikalnego w "Rob the Mob". Coś, co pozwala przymknąć oko na pewne warsztatowe potknięcia reżysera i kilka scen trącących zbytnią łopatologią. To bijąca zeń szczera miłość De Felitty do ...
Filmweb sp. z o.o.
Końcówka grudnia upływa zazwyczaj pod znakiem podsumowań i bilansów. Robimy sumienny rachunek tego co udało nam się w przeciągu minionych miesięcy osiągnąć i stawiamy sobie cele na nadchodzący czas. To też kilka gorących dni w studiach filmowych. Wtedy za zamkniętymi drzwiami ustala się harmonogram premier i wyznacza szacunkowe budżety na kampanie promocyjne skazując tym samym, już wstępnie, pewne obrazy na zdecydowanie trudniejszy start. To wreszcie czas istnego wysypu przeróżnej maści rankingów. Począwszy od standardowych "Najlepszy/najgorszy film roku" kończąc na "Przemknęły przez ekrany niezauważone, ale musisz je zobaczyć". I właśnie po takie propozycje z ostatnich lat postanowiłem sięgnąć.

Mnogość branżowych portali internetowych i czasopism, tworzących zestawienia sprawia, że rozrzut jest zawsze znaczny. Od dzieł autentycznie wartych uwagi i drogocennego czasu widza, po produkcje przy których trzeba się mocno nagimnastykować (to à propos walki ze zbędnymi noworocznymi kilogramami), aby w ogóle zaliczyć je w poczet pociech ukochanej matki kinematografii. Wśród tego całego rozgardiaszu szczęśliwie trafiłem na kino spod ręki reżysera dobrze mi znanego. Kino spełniające wszystkie kryteria wymagane, by znaleźć się w gronie najbardziej niedocenionych filmów roku 2014.

"Rob the Mob", bo o nim mowa, zarobiło w amerykańskim box offisie ledwie 200 tysięcy dolarów lądując wyłącznie w wybranych kinach. Jak to jednak często w podobnych sytuacjach bywa wynik finansowy okazał się lichym probierzem artystycznej wartości. Ciepłe przyjęcie ze strony krytyków za Oceanem było się w pełni uzasadnione, a Raymond De Felitta po raz kolejny udowodnił, że w niszy "wiecznie niedostrzegalnego dla splendoru, ale szczęśliwego filmowca" jak zwykł mawiać o sobie w wywiadach, czuje się niczym ryba w wodzie.


Historia, na zrębach której oparł "Rob the Mob", wydarzyła się w rzeczywistości. Dwójka szaleńczo zakochanych młodych ludzi parająca się drobnymi rabunkami postanawia pewnego dnia zmienić kaliber dotychczasowej "aktywności" wyciągając rękę po wypchany gotówką portfel mafii (tytuł filmu w tym przypadku nie kłamie). Wzorują się na Robin Hoodzie, ale jego modus operandi przerabiają na swoją modłę – okradają bogatych, by napełnić własne kieszenie. Jako miejsca napadów wybierają kluby, gdzie trzymający się określonego kodeksu gangsterzy nie przywykli nosić żadnej broni. Początkowe lekceważenie dzieciaków przez Familię zostawi nie jej piersi bolesne znamię.
photo.title

De Felitta do spółki ze scenarzystą Fernandezem od początku grają z widzem w otwarte karty – nie na suspens i siedzenie na krawędzi fotela kładą główny nacisk. Sam materiał wyjściowy był na tyle ciekawy i plastyczny, że mistrz Scorsese zapewne przefiltrował go w klasyczne kino gangsterskie, zaś Genialni Bracia bez problemu obrócili w czarną komedię pomyłek. Twórcy podążają innym tropem, kierując się w stronę dramatu, choć początkowe minuty zaskakują frywolnym i lekkim tonem. Opowiadana historia jest bowiem momentami tak niedorzeczna i groteskowa, że aż prosiło się zaserwować ją uprzednio rozmiękczając chociaż zewnętrzną warstwę destylatem pełnym bezpretensjonalnego humoru. Naprawdę trudno nie uśmiechnąć się obserwując ciągłą nieporadność naszych Bonnie i Clyde’a oraz pokręcony szlak, jakimi kroczy ich rabunkowy zamysł. De Felitta nie traktuje jednak swoich bohaterów jak kompletnych idiotów (choć umówmy się miałby do tego święte prawo). Patrzy raczej na nich z iście ojcowską cierpliwością i troską. Jego sympatia mimowolnie udziela się widzom. Zresztą zadanie mamy ułatwione, bo Pitt i Arianda wcielający się odpowiednio w Tommy’ego i Rosie prezentują się bezbłędnie. Oboje żyją w zamkniętym świecie, oddzielonym od otaczającej rzeczywistości gęstą siatką wspomnień z przeszłości oraz wizją wymarzonej przyszłości. Zupełnie nie zdając sobie sprawy, że napad na staruszkę prowadzącą kwiaciarnię, a szturchanie patykiem mafijnego niedźwiedzia to dwie zupełnie różne zabawy. Snują śmiałe plany, oddychający rześką miłością i chwilowym szczęściem nie dostrzegając coraz mocniej zbierających się nad ich głowami granatowych, burzowych chmur. Szczególnie debiutująca na pierwszym planie Arianda zadziwia. Na poły lekkomyślna i radosna, na przemian naiwna i roztrzepana. Wszystkie te emocje Amerykanka dodatkowo w idealnych proporcjach wymieszała i odrobinę wstrząsnęła tworząc ciekawy portret młodości na przełomie dwóch epok.
photo.title


Ten miks dogorywającego jaskrawego kiczu końcówki lat 80. i początków następnej, zdecydowanie chłodniejszej w swym temperamencie dekady, jej tętno i atmosfera zostały doskonale uchwycone przez De Felitte i wspierającego go operatora. Cały film niezwykle mocno przesiąknięty jest nostalgią za czasami minionymi. Bezsporna w tym zasługa świetnych zdjęć autorstwa wspominanego Chrisa Norry – w momentach błogiej beztroski zakochanych podsycanych promieniami rozgrzewającego, rzewnego słońca, a kiedy indziej odlanych smugami szarej melancholii – oraz wyśmienitej, nastrojowej ścieżki dźwiękowej. Trochę nietypowo zabrał się też reżyser do sportretowania mafijnej rodziny kierowanej przez Big Ala (Andy Garcia). Pozornie liczne elementy składające się na znany obraz gangsterskiej familii są na właściwym miejscu, ale i tutaj twórca wolał skoncentrować się na ludzkiej stronie, emocjach i człowieczeństwie niż zgłębiać się w odmętach brudnych i bezwzględnych porachunków. Sam Al jawi się jako przedstawiciel odchodzącej nieuchronnie epoki, wierny etosowi i twardym, ale sprawiedliwym zasadom przeczuwający, że nadchodzący wiatr zmian nie przyniesie niczego dobrego. Świadom, że jego dni w obecnym układzie sił powoli dobiegają końca. Oba te kręgi - Ala i zakochanej pary - w jakiś eteryczny sposób przenikają się na nieoczywistych poziomach, by ostatecznie połączyć się na sentymentalnej niwie.
photo.title


Amerykańska edycja Blu-Ray wypada rozczarowująco, by nie powiedzieć słabo. Audio (Dolby TrueHD 5.1) i wideo (MPEG-4 AVC) prezentują się jakby pochodziły z dzieła wypuszczonego na rynek dekadę temu. Bonusy też wyglądają nader skromnie. Komentarz audio, trzy usunięte sceny, cztery trailery i... tyle. Nie dziwi więc fakt zgrania całego materiału na dysku jednowarstwowym (25 GB). Wielka szkoda, że studio wyraźnie potraktowało kwestię wydania na BD po macoszemu.
Jest coś unikalnego w "Rob the Mob". Coś, co pozwala przymknąć oko na pewne warsztatowe potknięcia reżysera i kilka scen trącących zbytnią łopatologią. To bijąca zeń szczera miłość De Felitty do kina, znajdująca ujście w poszczególnych ujęciach pełnych tęsknoty. Tak jak bohaterowie filmu zerkają w przeszłość szukając w niej swojego miejsca i ścieżek wiodących ku teraźniejszości, tak sam twórca zdaje się wzdychać za latami, gdy o sukcesie danej produkcji nie decydowały idące w setki milionów dolarów budżety i olśniewające rozmachem kampanie promujące, a widza dało się uwieść kameralnością, pasją człowieka trzymającego kamerę w ręku oraz porządnie opowiedzianą historią. Wyjmując płytę z odtwarzacza ciężko nie westchnąć razem z nim za tym minionym światem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).
damiss
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry