Recenzja filmu Amerykańska sielanka (2016)
Ewan McGregor

Trampki i garnitur

W "Amerykańskiej sielance" sceny robione ze sztubacką dezynwolturą, w których McGregor ma ponownie niemalże twarz Rentona z "Trainspotting", sąsiadują z okolicznościami ciężkiego kalibru, ...
Filmweb sp. z o.o.
Z dekonstrukcją amerykańskiej sielanki zdążyliśmy się oswoić; sformułowania tego – "amerykańska sielanka" – nie da się obecnie czytać bez uwzględnienia przewrotności w nim tkwiącej. Już wszyscy znają to na pamięć za sprawą popkulturowych klisz. Obrazy radosnego, familijnego Południa skontrastowane z batożonymi Murzynami, o ile zależy nam na szerokiej panoramie historycznej, a jeśli nie – wystarczy skromniejsza perspektywa, zawężona do kontrkultury lat 60., kwestionującej mieszczański, konserwatywny ład i prosperity. Tematy mogą się jednak powtarzać, ale zawsze da się je podjąć w taki sposób i w takich historiach, że poruszą odbiorcę. W tej wtórności nie ma jeszcze grzechu. Nie popełnił go też chyba Philip Roth, który pod koniec stulecia napisał "Amerykańską sielankę", powieść nagrodzoną Pulitzerem, w której, jak informuje jej polski wydawca, możemy dostrzec "elegię na część wszystkich obietnic naszego stulecia: obietnic dobrobytu, porządku społecznego i błogosławieństwa domowego zacisza". Słowom tym jesteśmy skłonni uwierzyć, bo przecież wydawcy nigdy nie kłamią, ale ze zdziwieniem przeczytamy je, jeśli wcześniej, nie znając książki Philipa Rotha, jak autor tego tekstu, obejrzeliśmy jej adaptację w reżyserii Ewana McGregora. Wiele bowiem wskazuje na to, że brytyjski aktor, niedoświadczony w reżyserskim rzemiośle, dość niefrasobliwie podszedł do literackiego pierwowzoru.

Film ma kompozycję ramową, co z reguły opowieść rozłożoną w czasie i poświęconą dziejom jakiejś rodziny pozwala wypełnić solidną dawką nostalgii, szczególnie gdy trzon historii stanowi upadek głównego bohatera bądź całej familii. "Amerykańska sielanka" takiego potencjału do wzbudzania uczucia nostalgii również nie jest pozbawiona. W albumie rodzinnym Seymoura Irvinga Levova (Ewan McGregor), zwanego z powodu aparycji Szwedem, tylko pierwsze strony wypełnione są beztroskimi zdjęciami w pastelowych, żywych barwach, ilustrującymi wchodzenie na szczyt, zarówno zawodowy, jak i ten w życiu osobistym. Główny bohater, wspominany na zjeździe absolwentów kilkadziesiąt lat później przez jego brata i jednego z kolegów, miał na początku wszystko. Wszystko, czyli prezencję, odziedziczony po ojcu zakład krawiecki i piękną żonę, Dawn (Jennifer Connelly), miss New Jersey. Szczęście to nie trwało długo, co więcej, niektórzy już w etapie sielankowym odnajdą pęknięcia i słabe punkty w małżeństwie Levovów, jak np. społeczne różnice między nimi, w końcu Seymour był zasymilowanym Żydem, a wśród jego najbliższych naturalne były poglądy demokratyczne, Dawn wzrastała zaś w środowisku konserwatywnym, bliższym republikanom. Ale to jedyna córka, Merry (Dakota Fanning), miała stać się katalizatorem rozpadu rodziny Levovów.

I tak się jakoś złożyło, że w przedstawieniu tej postaci, tak ważnej dla filmu, reżyserska niefrasobliwość najboleśniej się upostaciowiła. Trudno uwolnić się od wrażenia, że McGregor, również jako aktor, stanął w połowie drogi między poważnym dramatem a lekką groteską i ironią. Groteskowy jest już wizerunek samego Szweda, ulizanego, zaaferowanego przedsiębiorcy, któremu własna nieporadność nie pozwala nawiązać właściwej relacji z córką, a także reagować na to, co ona robi, i co dzieje się w jego najbliższym otoczeniu. Ten prześmiewczy rys na pewno nie pomaga w budowaniu elegijnego nastroju, o którym wspominał polski wydawca książki, chociaż reżyser ma prawo do reinterpretacji literackiego pierwowzoru. Jeśli jednak w głównym bohaterze powaga z ironią mogą odbijać się dysonansem, ale jeszcze akceptowalnym, może nawet jakoś uzasadnionym, to już postać Merry zwyczajnie męczy. Jaskrawość jej buntu nie tworzy napięcia, nie pokazuje drastycznego międzypokoleniowego załamania w amerykańskiej historii, raczej żenuje. Wszystkie jej wybory i czyny, tak przesadzone, tak nieproporcjonalne względem stosunków rodzinnych i środowiskowych – bo w zasadzie źródła tego buntu nie są jakoś mocno wyeksponowane czy wyjaśnione – zupełnie nie przekonują, są wręcz absurdalne. Bywały filmy, w których groteskowość wchodziła w dobre relacje z dramatyczną stroną dzieła, jak w "Truman Show", filmie również w jakimś stopniu odwołującym się do mitu małomiasteczkowej arkadii, ale to dlatego, że dramatyzm był tam bardzo sprawnie kamuflowany, a wyłaniał się rzadko i subtelnie. W "Amerykańskiej sielance" sceny robione ze sztubacką dezynwolturą, w których McGregor ma ponownie niemalże twarz Rentona z "Trainspotting", sąsiadują z okolicznościami ciężkiego kalibru, przedstawionymi, jak się wydaje, na serio, np. chorobą psychiczną jednej z postaci czy głębokim poczuciem winy odsyłającym na margines życia społecznego. To nawet nie są nieprzyjemne zgrzyty, okazjonalnie zniechęcające nas do filmu, tylko stały konflikt dwóch stylów: dramatycznego i groteskowego.

Niełatwo orzec, czy te kłopoty ze stylem są wtórne wobec fabularnych rozwiązań i właśnie z nich wynikają, czy na odwrót - to one prowadzą do chaotycznej narracji. Jak wszystko, tak i losy jakiejś familii da się opowiedzieć w kalejdoskopowym tempie. W "Amerykańskiej sielance" pewne fragmenty życia Levovów to jednak puste karty, incydenty, niewyraźnie pokazane sytuacje, podczas gdy inne pojawiają się na pierwszym planie, odrysowane grubą kreską, chociaż motywacji dla nich należałoby szukać w przeszłości – tej przeszłości, która potraktowana została po macoszemu. Tak się dzieje ze wspomnianą Merry, której przejście od jąkającej się dziewczyny z niemrawo sygnalizowanym kompleksem Elektry do szalonej terrorystki nie nosi znamion prawdopodobieństwa. Raczej wygląda na jednostkowy przypadek chorej psychicznie dziewczynki, a jeśli jednostkowy przypadek, to gdzie tu szukać analogii do społecznych przemian, emancypacji, kontrkultury, konfrontacji idei? Owszem, istnienie tych zależności kilka razy natarczywie się nam sugeruje, czy to przez obrazy zamieszek, czy to przez rockową muzykę w tle, czy też przez przemówienia polityków, ale wszystkie te drugoplanowe atrakcje pasują tam jak pięść do nosa. Zaskakująco wygląda też rozwój postaci Dawn, właściwie nie tyle rozwój, ile jej nagłe pojawienie się na scenie. Żona Levova przez długi czas jest schowana na drugim planie – obrońcy filmu mogą powiedzieć, że taki był właśnie zamysł reżysera – a potem zaprasza się nas do uwierzenia w jej monstrualną zapaść i co gorsza, przejęcia się nią. Ale trudno jest się przejąć kimś dotąd nieobecnym.

To są przeskoki i niekonsekwencje, które w "Amerykańskiej sielance" McGregora nawet historię rodzinną czynią mało przekonującą, niepełną, a cóż powiedzieć o wpisanej w pierwowzór – i tutaj też nieporadnie przypominanej – szerszej perspektywie? Czy jest tu miejsce na opowieść o współczesności czy nawet precyzując, o samej Ameryce? Nic na to – poza stroną wizualną – nie wskazuje. Film łapie rytm tylko za sprawą głównego bohatera, dokładniej mówiąc, za sprawą charyzmy samego Ewana McGregora, chociaż i odgrywany przez niego Szwed wydaje się momentami postacią nie do końca z tej bajki, poza tym dzieło to pozbawione jest nie tylko niuansów i szerszego tła, które przez jednostkową historię mówiłyby coś ważniejszego, ogólniejszego, lecz także zwyczajnego, dramatycznego napięcia. Ani to epopeja, ani elegia, ani nawet poprawny dramat obyczajowy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Macabre
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)