Recenzja filmu Siedem minut po północy (2016)
J.A. Bayona

Tylko prawda daje ukojenie

Conor ma wiele problemów i potrzebuje pomocy. Boi się jednak stanąć w prawdzie przed samym sobą i dlatego tak trudno do niego dotrzeć. Potrzebne mu są opowieści, które realnie przedstawią świat i ...
Filmweb sp. z o.o.
Piękne filmy rodzą się z pięknych historii. Wie o tym dobrze wielu współczesnych reżyserów. Najlepsze z nich nie powstałyby, gdyby nie temat, jakieś zdarzenie lub przesłanie, które stało się inspiracją do ich stworzenia. Niektóre filmy jak na przykład "Pamiętnik" czy "Piękny umysł"  nakręcono na podstawie fantastycznych książek Nicholasa Sparksa i Sylvii Nasar. Opisano w nich niezwykłe historie zwykłych ludzi, ale w taki sposób, że zachwyciły zarówno czytelników jak i widzów. Jeszcze inne wybitne dzieła, jak "Szeregowiec Ryan" w reżyserii Stevena Spielberga, czy zeszłoroczna "Przełęcz ocalonychMela Gibsona, biorą swój początek z zagłębienia się twórców w prawdziwe wydarzenia. Są też filmy, które swój sukces zawdzięczają umiejętności reżysera, postrzegania i analizy rzeczywistości oraz obserwacji otaczających go ludzi. Doskonałym tego przykładem jest "Forrest Gump" – film Roberta Zemeckisa, który zarówno bawi jak i wzrusza, a jednocześnie zmusza widza do głębokiej refleksji nad sobą samym.

Równie piękną historię opisuje książka Patricka Nessa pod tytułem "Siedem minut po północy". Już nawet sama historia jej powstania jest niesamowita. Pierwotnie bowiem miała ją napisać Siobhan Dowd. To ona jest autorką pomysłu i to ona zaczęła na początku prace nad książką. Jednak, gdy okazało się, że pisarka jest chora na raka, to postanowiła poprosić ona swojego przyjaciela, Patricka Nessa, by dokończył za nią jej dzieło.Wkrótce po tym wydarzeniu Siobhan Dowd zmarła w szpitalu. Tymczasem PatrickNess zgodnie z obietnicą i ostatnią prośbą pisarki napisał książkę na podstawie jej pomysłu. I ku zaskoczeniu autora "Siedem minut po północy" spotkało się z wielkim uznaniem czytelników i krytyków. Książkę wychwalano przede wszystkim za mądrze opowiedzianą historię i wzruszające zakończenie. Może właśnie z tego powodu znany hiszpański reżyser, Juan Antonio Bayona (reżyser m.in.: "Niemożliwego" oraz "Sierocińca") podjął decyzję o jej zekranizowaniu. Czy jednak zdołał wywołać filmem tak wielkie emocje u widza, jak książka u czytelników? I czy rzeczywiście przekazał wspaniałą historię?

photo.title

Film Juana Antonio Bayony opowiada o dziesięcioletnim chłopcu, Conorze O’Mailley (Lewis MacDougall). Jak sam narrator informuje nas w pierwszej scenie, Conor to już nie dziecko, ale jeszcze nie mężczyzna. Jego życia z pewnością jednak nie można nazwać łatwym. Conor jest bowiem świadkiem postępującej choroby matki (Felicity Jones), którą każdego dnia troskliwie się opiekuje. I chociaż Lizzy stara się tego nie okazywać, to z dnia na dzień staje się coraz słabsza. Cały czas daje jednak synowi nadzieję na to, że kiedyś wyzdrowieje. Conor tak naprawdę jest sam ze swoimi problemami. Nie układa mu się z rówieśnikami. Codziennie w szkole jest narażany na szykany ze strony kolegów Nie może liczyć na ojca (Toby Kebbell), który rozstał się z matką i obecnie mieszka z nową rodziną w Los Angeles. Do syna przyjeżdża sporadycznie, w odwiedziny, nie zaś po to, by się nim zaopiekować. Conor ma jeszcze babcię (SigourneyWeaver), z którą jednak kompletnie nie potrafi się porozumieć. Wszystko to sprawia, że chłopiec zamyka się w sobie. Ucieka w świat fantazji i odreagowuje stres rysując potwory i inne stworzenia. Kiedy jednak pewnej nocy, dokładnie siedem minut po północy, przed domem Conora pojawia się potwór z jego rysunków, okazuje się, że chłopiec będzie musiał uporać się ze swoimi lękami i odkryć prawdę o samym sobie. Czego najbardziej boi się Conor? Czego od niego chce potwór? I czy jest on w stanie pomóc osamotnionemu chłopcu, czy może jeszcze bardziej namiesza w jego życiu?

Przyznam szczerze, że nie przeczytałem książki Patricka Nessa ale po obejrzeniu filmu z pewnością to zrobię. "Siedem minut po północy" jest bowiem jak diament, od którego trudno oderwać wzrok. Sądzę, że piękno tego filmu powinno zostać zauważone nawet przez najbardziej zatwardziałych krytyków. Wybierając się do kina na film Juana Antonio Bayony, spodziewałem się czegoś podobnego do "BFG: Bardzo Fajny Gigant". Myślałem, że będzie to bajeczka, która co prawda miałaby swój urok, ale nie wywołałaby we mnie szczególnych emocji i nie rozpamiętywałbym jej długo. Zakładałem, że "Siedem minut po północy" będzie miał świetne efekty specjalne i dobre role aktorskie, ale nic poza tym. I może właśnie dlatego dzieło hiszpańskiego reżysera tak bardzo mnie zaskoczyło i mi się spodobało.

Ostatecznie otrzymałem poważniejszy, ale nie mniej urokliwy dramat, który na myśl przywodzi mi "Labirynt faunaGuillermo del Toro. Oba te filmy mają ze sobą zresztą wiele wspólnego. Są utrzymane w nieco ciężkim klimacie, w którym jest więcej okazji na łzy i wzruszenia niż na śmiech. Nie ma w tym jednak niczego złego. Potrzeba filmów, w których ukazane są prawdziwe, często trudne sprawy. W końcu w życiu też się takie zdarzają i mogą być udziałem każdego z nas. Oba dzieła łączą również główni bohaterowie. Zarówno Ofélia, jak i Conor, są bardzo dojrzałymi dziećmi, jak na swój wiek. Znają się na wielu sprawach, a także stykają się z cierpieniem i śmiercią, które próbują za wszelką cenę zrozumieć. Są też bardzo samodzielni i dbają o swoje matki. Mimo to Ofélia i Conor nie są szczęśliwi. Cierpią na wiele sposobów i są niezrozumiani. Nie potrafią odnaleźć się w otaczającym ich świecie i dlatego uciekają w świat fantazji. Filmy Juana Antonio Bayony i Guillermo del Toro mają jeszcze jedną wspólną cechę - są to emocje, które towarzyszą widzowi przez cały seans. Nie chodzi przy tym zupełnie o ten rodzaj przeżyć, które towarzyszą nam w trakcie oglądania pełnego akcji filmu science fiction. Nie da się przy nich pośmiać, jak na komedii. Nie są to też horrory. Filmy te budzą wiele innych uczuć, począwszy od głębokiego zamyślenia, a skończywszy na współczuciu i rozpaczy. "Siedem minut po północy" jest również niezwykle wzruszający, dlatego warto zabrać ze sobą do kina chusteczki, gdyż naprawdę trudno powstrzymać łzy.

photo.title

Wielkim atutem filmu J.A. Bayony jest mądrość, która z niego wynika. Film porusza bowiem problemy, z którymi człowiek sobie nie radzi. Koncentruje się przede wszystkim na osamotnieniu i cierpieniu głównego bohatera, Conora O’Mailleya. Ukazuje chłopca, któremu życie nie szczędzi ciosów. Nie ma on w sobie tej radości, co większość jego rówieśników. Mimo to, "Siedem minut po północy" uczy także, że z każdej sytuacji można znaleźć wyjście. Conor ma wiele problemów i potrzebuje pomocy. Boi się jednak stanąć w prawdzie przed samym sobą i dlatego tak trudno do niego dotrzeć. Potrzebne mu są opowieści, które realnie przedstawią świat i pomogą mu w ten sposób zrozumieć jego położenie. Dzięki nim chłopiec zauważa, że nie wszystko jest czarne lub białe, nie zawsze Ci, którzy wydają się być źli lub dobrzy, tacy właśnie są, a niektóre zdarzenia są nieuniknione. "Siedem minut po północy" zmusza do głębszej refleksji i to czyni film Juana Antonio Bayony wyjątkowym.

To, co przyciąga ludzi do kina i sprawia, że podczas seansu ani na moment nie odrywają oczu od ekranu, to niepowtarzalny i wyjątkowy klimat. To dzięki niemu film może zdobyć uznanie widzów i krytyków. Nietypowy i zaskakujący jest już początek. Zamiast szybkiego wprowadzenia w akcję, pojawiają się bowiem napisy początkowe, jak w "SpectreSama Mendesa. Wyszło to jednak filmowi na dobre. Piękna muzyka w tle, świetny montaż i powolne zbliżenia kamery skierowane na papier oraz przybory do rysowania - wszystko to od razu sprawia, że widz skupia się wyłącznie na seansie i zostaje wprowadzony do świata fantazji, wykreowanego przez głównego bohatera. Na tym jednak reżyser nie poprzestaje. Kolejna scena zaskakuje swoją gwałtownością i grozą. Odpowiednio dobrane do tej sytuacji ciemne barwy dodatkowo wpływają na jej nastrój. Kiedy atmosfera jest spokojna – pojawia się zieleń i zamglone powietrze, kiedy panuje groza i tajemniczość – ekran ogarnia czerń i mrok, a kiedy główny bohater odczuwa silne emocje – pojawia się dużo intensywnych barw. Nastrój budują także opowiadane przez potwora historie, które są jak malowane pędzlem. Jest w nich zarówno harmonia, jak i ukryta ekspresja. Wszystko to sprawia, że film Juana Antonio Bayony wyróżnia się od pozostałych tegorocznych propozycji. 

photo.title   photo.title   photo.title

Silnym atutem filmu jest także jego strona wizualna. Zarówno scenariusz, montaż , muzyka, zdjęcia, dźwięk, jak i w końcu praca reżysera – wszystko to wspaniale się ze sobą komponuje. Pod tym względem naprawdę trudno przyczepić się do czegokolwiek. Wielkie brawa należą się szczególnie reżyserowi. J.A. Bayona miał bowiem niełatwe zadanie do wykonania. Wielu osobom wydaje się, że nakręcenie adaptacji nie jest wcale trudnym przedsięwzięciem, a już na pewno łatwiejszym niż zbudowanie historii od podstaw. Nie zawsze jednak jest to tak proste jak mogłoby się wydawać. Czasem nakręcenie adaptacji jest znacznie trudniejsze. Przykładem może być trylogia "Władca pierścieni" (na podstawie dzieła J.R.R. Tolkiena), czy ekranizacja książki "Zielona mila". W obu przypadkach reżyserzy musieli wycisnąć z siebie siódme poty, by dobrze opowiedzieć historię swoich bohaterów. Udało im się jednak stworzyć coś niezwykłego. Sukces filmu "Siedem minut po północy" był możliwy tylko dzięki dobrze napisanemu scenariuszowi. Dla autora książki to było niełatwe zadanie. Nie miał w końcu doświadczenia w roli scenarzysty. Mimo to Patrick Ness poradził sobie znakomicie. Warto również zwrócić uwagę na zdjęcia autorstwa Óscara Faury. Fantastycznie komponują się one z całością filmu i budują jego niesamowity klimat. Oprócz wspaniałej czołówki piękne są również ujęcia, w których Conor rysuje. Óscar Faura umiejętnie operuje w nich kamerą wykonując zbliżenia i oddalenia. "Siedem minut po północy" ma również dobrze skomponowaną muzykę autorstwa Fernando Velázqueza. Współgra ona z resztą, mimo, że nie jest szczególnie wyrazista i nie zapada w pamięć.

Jednym z największych atutów filmu jest obsada. Pojawiają się w niej co prawda znane nazwiska (w końcu znani są tacy aktorzy jak: Liam NeesonFelicity Jones i Sigourney Weaver). Widać jednak, że reżyser nie kierował się popularnością aktorów i aktorek lecz ich umiejętnościami. Szczególnie dobrze zaprezentował się według mnie młody aktor, Lewis MacDougall jako główny bohater. Doskonale oddał on uczucia towarzyszące jego postaci. Widz przeżywa wraz z chłopcem jego problemy, próbuje zrozumieć jego sytuację i mu pomóc. Conor nie jest idealny, nie zawsze potrafi właściwie się zachować, co go czyni autentycznym. W szkole sprawia wrażenie cichego, spokojnego i wycofanego chłopca. W domu zaś jest bardziej pewny siebie. Częściej się odzywa i potrafi postawić na swoim. Ma bardzo dobry kontakt z chorą mamą, którą się opiekuje. Mimo to jest zamknięty w sobie i nawet mamie nie mówi o swoich problemach. Co do samej gry aktorskiej Lewisa MacDougalla to trudno mu cokolwiek zarzucić. Widać było bowiem, że pomimo niewielkiego doświadczenia (poza rolą Conora Lewis MacDougall zagrał tylko poboczną rolę w filmie "Piotruś. Wyprawa do Nibylandii") doskonale zrozumiał swoją postać i dodał jej odpowiedniej charyzmy. Jak dla mnie jego rola jest znakomita bo naprawdę nie spodziewałem się po nim tak wiele. Świetnie spisała się również Felicity Jones (znana z roli Jyn Erso w "Łotrze 1" oraz żony Stephena Hawkinga, Jane w "Teorii wszystkiego"). Tym razem brytyjska aktorka wcieliła się w postać chorej matki głównego bohatera. Na pochwałę zasługuje także jej charakteryzacja. Co do samej aktorki to przyznam szczerze, że początkowo nie byłem pewien, czy poradzi sobie z tak ważną dla całego filmu i trudną do odegrania rolą. Muszę jednak przyznać, że moje początkowe obawy były niepotrzebne, gdyż Felicity Jones zagrała naprawdę bardzo dobrze. Doskonale oddała uczucia matki kochającej syna i walczącej z chorobą. Znakomicie pokazała zatroskanie o syna i bezradność wobec choroby. Według mnie rola Felicity Jones w tym filmie Juana Antonio Bayony jest jej najlepszą z dotychczasowych w całej karierze. Na uwagę zasługuje także kreacja Liama Neesona w roli potwora. Tym razem aktor użyczył jedynie głosu swojej postaci, ale to wystarczyło, aby pokazał klasę. Nadał powagi i pewnego rodzaju tajemniczości, a jednocześnie mądrości swojemu bohaterowi. Potwór pełni bardzo ważną rolę w życiu Conora i w całym filmie. Pomimo bowiem niezbyt przyjaznego wyglądu naprawdę widać, że chce mu pomóc i jest jak drogowskaz, który wskazuje chłopcu właściwą drogę do szczęścia, zrozumienia i przezwyciężenia swoich lęków i słabości. W niektórych momentach zachowuje się jak nauczyciel, który stara się przekazać uczniowi potrzebną mu wiedzę. Jednocześnie karci go i upomina, aby ostatecznie mu pomóc. Potwór jest symbolem sprawiedliwości, obiektywnego spojrzenia na świat, nadziei i wiary. Ma on swój urok dzięki niezwykłym opowieściom, które również mają bardzo symboliczny charakter. Bardzo dobrze wypadła również Sigourney Weaver w roli szorstkiej, ale też osamotnionej i cierpiącej z powodu choroby córki, babci Conora. Aktorka miała w ostatnich latach wyraźny problem ze znalezieniem odpowiedniej dla siebie roli. Próbowała sił w wielu filmach, ale myślę, że dopiero w tym J.A. Bayony znalazła w końcu to, w czym mogła się wykazać. Trudno jej cokolwiek zarzucić w warsztacie aktorskim, gdyż widać, że Sigourney Weaver dobrze odegrała swoją rolę. Brakowało mi tylko głębszego rozwinięcia relacji babci z matką, bo w końcu pogarszający się stan córki jest dla jej matki niezwykle ciężkim przeżyciem. Ze wszystkich postaci wydaje mi się, że jedynie ojciec Conora jest słabo zarysowany. Być może jest to wina scenariusza, w którym poświęcono mu zbyt mało uwagi. Chociaż odtwórca roli ojca, Toby Kebbell nie zrobił właściwie nic, by jego postać była znacząca i zapadła w pamięci widza.

  photo.title    photo.title    photo.title

Podsumowując, "Siedem minut po północy" to świetna opowieść, dla której naprawdę warto poświęcić chwilę wolnego czasu. Film Juana Antonio Bayony ma bowiem w sobie wszystko to, co powinna mieć dobrze opowiedziana historia. Reżyser spełnił wszystkie cztery warunki, bez których jego dzieło nie zdołałoby osiągnąć sukcesu. Przede wszystkim Bayona spełnił pierwszy z nich, wybierając pomysł ekranizacji książki Patricka Nessa. Naprawdę czuć, że jego dzieło ma niesamowity klimat i buduje wokół siebie magiczną aurę. Po drugie, widać, że twórcy porządnie przyłożyli się do realizacji, bo dobrali właściwych ludzi do odpowiedniej roboty. Po trzecie, wszystkie elementy tego filmu współgrają ze sobą i dopełniają się: scenariusz, reżyseria, obsada, zdjęcia, muzyka - wszystko to jest na najwyższym poziomie. I w końcu czwarty element – puenta, czyli zakończenie filmu – niesamowite i niezwykle wzruszające. Niesie ze sobą życiową prawdę, a jednocześnie zmusza do głębszej refleksji nad życiem i sobą samym. "Siedem minut po północy" to dzieło niezwykle mądre i wzruszające. Uważam nawet, że film Juana Antonio Bayony niesie za sobą najgłębsze przesłanie wśród wszystkich filmów z 2016 roku. To naprawdę cudowne, że z pięknych historii rodzą się tak piękne filmy...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (67 głosów).