Recenzja filmu Creed: Narodziny legendy (2015)
Ryan Coogler

W cieniu mistrza

Problem z recenzowanym spin-offem jest zasadniczo jeden – to nie jest kolejny "Rocky". Osobiście nie mogę przeboleć, iż słynny "Włoski Ogier" odsunął się w cień na rzecz następnej, iPadowej ...
Filmweb sp. z o.o.
Dla rzeszy kinomanów słynny Sylvester Stallone jest synonimem dwóch ról, mianowicie Johna Rambo i Rocky'ego Balboy. To właśnie drugie z filmowych wcieleń "Sly'a" doczekało się największej ilości sequeli w karierze aktora, trudno zatem kojarzyć "Włoskiego Ogiera" z kimś innym niż niekwestionowanym twardzielem kina akcji lat 80. i 90. Niestety, nawet Stallone nie oparł się upływowi czasu, wielu nowych widzów nie ma zaś w sobie sentymentu do ekranowego boksera rodem z Filadelfii. W tym właśnie momencie Hollywood postanowiło reaktywować (u)znaną serię poprzez stworzenie swoistego spin-offu cyklu. "Nowy 'Rocky' bez Rocky'ego? Ta zniewaga krwi wymaga," zakrzyknęliby chóralnie fani i, po części, mieliby rację. "Creed" przejmuje bowiem pałeczkę od starego mistrza, robi to jednak w sposób pozostawiający odrobinę do życzenia...


Adonis Johnson (Michael B. Jordan) nie miał łatwego dzieciństwa. Chłopak od najmłodszych lat dorastał w placówce wychowawczej, w którym to miejscu nie raz zdarzyło mu się brać udział w bójkach. Szczęście uśmiechnęło się jednak do młodziana w momencie gdy opieki nad krnąbrnym Adonisem podjęła się wdowa po słynnym Apollo Creedzie, Mary Anne Creed (Phylicia Rashad). Od tamtej pory Johnson mieszkał w luksusie, a w życiu niczego mu nie brakowało... poza realizacją bokserskiej pasji. Niestety, żaden ze znanych trenerów nie chciał objąć pieczy nad kształtowaniem młodego pięściarza, Adonisowi pozostało zatem jedynie walczyć na własną rękę w podrzędnych turniejach. Pewnego dnia w życiu chłopaka następuje jednak prawdziwy przełom. Rocky Balboa (Sylvester Stallone), wciąż prowadzący knajpkę "U Adrian" i trzymający się z dala od boksu, postanawia przygotować Adonisa do pojedynku życia. Jak się okaże, droga do sukcesu nie będzie usłana różami...


"Creed" to spin-off serii "Rocky", dlatego właśnie nie wypada nie wspomnieć tytułem wstępu o sześcioczęściowej (jak dotąd) sadze. Pomimo wzlotów i upadków serii, cały cykl można potraktować jako zamkniętą całość. Z jednym wyjątkiem, wszystkie odsłony zaczynają się dokładnie w momencie, w którym zakończył się poprzednik, dając widzowi kompletny obraz kariery "Włoskiego Ogiera". Oczywistym jest, iż każdy kinoman ma swój osobisty ranking filmów o filadelfijskim bokserze, tym niemniej nie uważam, żeby szumnie krytykowana "piątka" była "obrazą dla serii" tudzież "plamą na honorze". Można się zgodzić, iż powrót do obyczajowych korzeni w piątej odsłonie udał się połowicznie, aczkolwiek wielu krytyków ganiło produkcję z 1990 r. za zbytnie skupienie się na losach narwanego Tommy'ego Gunna kosztem samego Rocky'ego. Ciekawe, że powszechnie chwalony "Creed" także odsuwa postać Balboy na dalszy plan, nikt jednak z tego powodu nie wszczyna larum. Cóż, jak widać spin-offy rządzą się własnymi prawami.


W przypadku "Creeda" prawdopodobnie padłem ofiarą własnych wygórowanych oczekiwań. Jako zagorzały fan "Rocky'ego" liczyłem na solidny udział Stallone'a, wciągające wątki obyczajowe i dobrze nakręcone walki. Przyznaję, iż większość z moich nadziei znalazła swe odzwierciedlenie w filmie Ryana Cooglera. Problem z recenzowanym spin-offem jest zasadniczo jeden – to nie jest kolejny "Rocky". Osobiście nie mogę przeboleć, iż słynny "Włoski Ogier" odsunął się w cień na rzecz następnej, iPadowej generacji. Gdzieś po drodze zniknął klimat starych części, ich prostota i magia. Owszem, reżyser i scenarzysta w jednej osobie starał się umieścić wszelkie niezbędne składowe z licznych odsłon serii w swoim dziele, tym niemniej końcowy rezultat nie jest tak rewelacyjny, jakby na to wskazywały rozentuzjazmowane opinie krytyków.


Na pewno film ma prawo cieszyć pod względem wizualnym. Już pierwsze starcie w obskurnym ringu czaruje długim ujęciem, dynamicznymi wymianami ciosów i sprawną pracą kamery, finalny pojedynek zaś to wysoka jakościowo półka. Potęga razów dochodzących do twarzy zawodników jest niemalże namacalna, knockdowny ukazane w zwolnionym tempie z kolei podkreślają bolesność upadku na matę. Z drugiej strony cały bokserski entourage jest na tyle charakterystyczny i energiczny, iż naprawdę trzeba by się postarać, by zepsuć tak ważny element filmu. Na szczęście Coogler zaserwował widzom prawdziwie emocjonujące walki, okraszone świetnym komentarzem i dobrze dobraną muzyką.


Miło, że "Creed" oferuje paro wątkową historię łączącą starsze pokolenie z młodszym. Twórca filmu udanie zarysował przeszłość protagonisty, podkreślając dramat chłopaka mającego wszystko i jednocześnie nic. Najbardziej cieszy jednak drugoplanowa rola Balboy, który jako schorowany mentor Adonisa stopniowo przejmuje funkcję ojca, którego Johnson nigdy nie miał. Mimo wszystko wydaje się, iż nagromadzenie wielu historii w jednej produkcji nie było najlepszym pomysłem. Gdyby skondensować całość do 1,5h seansu, zapewne "Creed" stanowiłby znacznie smakowitsze danie. Jak mawiają uczeni, "czasem mniej znaczy więcej... i lepiej".


Jak przystało na duchowego spadkobiercę schedy po "Rockym", film Cooglera oferuje sporo ukłonów w stronę wiernych wielbicieli cyklu, wspomniane smaczki z kolei zostały podlane odrobiną humoru (vide: dialog o "chmurze"). Poza honorowym udziałem "Sly'a" w przedsięwzięciu, w jednym z kluczowych momentów fabuły w tle przygrywa motyw muzyczny z poprzedników, wyciskając łezkę w oku widza starszej daty. Sam montaż treningu odbywanego przez Adonisa także przypomina uroczo kiczowate sekwencje z "Rockych", jeno w tym przypadku jest to wariacja przystosowana do czasów obecnych, tj, z rapem miast rockowo-popowych kawałków i maską tlenową w miejsce starego, dobrego wycisku do utraty tchu. Szkoda, iż twórca nie pokusił się o zastosowanie kultowego utworu "Gonna Fly Now" w innej aranżacji bądź w klasycznej formie. Znak czasów, ot co.


Przy okazji obsady docenić należy wysiłki Michaela B. Jordana, który zrobił wszystko, by godnie reprezentować nową-starą serię. Katorżnicze przygotowania fizyczne do roli odpłaciły się z nawiązką, gdyż młody aktor jest w znakomitej formie, która w konsekwencji przekłada się na spektakularność ekranowych starć. W tym aspekcie efekt końcowy reżimu jest bliźniaczo podobny do tego z niedawnej pozycji "Do utraty sił" z Gyllenhaalem. W obu obrazach bowiem artyści doprowadzili swoje ciała do granic możliwości, przeobrażając się w prawdziwych bokserów o wyżyłowanych sylwetkach.


Jako zadeklarowany fan Sylvestra Stallone'a nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał w paru słowach o występie twardziela kina akcji w "Creedzie". Co bardziej złośliwi po początkowych kwadransach seansu z filmem mogliby stwierdzić, iż "Sly" gra na tę samą nutę co zwykle; nikt jednak nie zaprzeczy, że odzwierciedlenie odczuć przez aktora w scenie rozmowy w szpitalu zdecydowanie wybija się ponad przeciętność. W jednym zaledwie ujęciu Stallone oddał całe spektrum sprzecznych emocji targających jego bohaterem, za co artyście należą się gromkie brawa. Nie jestem pewien czy ekranowy "Włoski Ogier" zasłużył na Oscara akurat za tę rolę, pewnikiem jednak należy mu się stosowna nagroda za całokształt twórczości i bycie żywą inspiracją dla wielu kinomanów.


W praktyce nie istnieje koncept "recenzji obiektywnej", aczkolwiek mój tekst jest wybitnie stronniczy. Szkoda mi się żegnać z jednym z najlepszych filmowych cykli, "Creed" zaś odgradza grubą kreską stare od nowego. Rozumiem, iż nikt nie jest wiecznie młody i w końcu przychodzi czas na pokoleniową zmianę; dlatego patrząc przez taki właśnie pryzmat dzieło Ryana Cooglera spełnia swe zadanie. Film jest naprawdę solidnie nakręcony i nie bezcześci tradycji, mimo wszystko całość jest zdecydowanie przydługa i nie tak ujmująca, jak losy prostolinijnego Balboy. Z całym szacunkiem dla stosunkowo udanego "Creeda", dla mnie "Rocky" skończył się na "szóstce"... i tak zapewne miało być.

Ogółem: 6+/10

W telegraficznym skrócie: "Creed" to solidnie zrealizowany film bokserski, który pozostaje jednak w cieniu kultowych poprzedników; miło ponownie ujrzeć na ekranie Balboę, szkoda tylko, iż jest to występ drugoplanowy; brak świetnego klimatu serii "Rocky" został po części zrekompensowany przez dobrze nakręcone walki i ciekawy wątek mistrz-uczeń; mimo wszystko w sercu pozostaje żal, iż praktycznie pochowano sagę o filadelfijskim "Włoskim Ogierze", przekazując duchową schedę następnemu pokoleniu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
kulak4
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)