Recenzja filmu To nie jest kraj dla starych ludzi (2007)
Joel Coen
Ethan Coen

W walce między tobą a światem sekunduj światu

Właściwie, w drodze do kina na najnowsze, obsypane złotymi statuetkami dzieło braci Coen, wiedziałam już dokładnie, co się wydarzy, scena po scenie, a to dzięki lekturze znakomitej powieści ...
Filmweb sp. z o.o.
Właściwie, w drodze do kina na najnowsze, obsypane złotymi statuetkami dzieło braci Coen, wiedziałam już dokładnie, co się wydarzy, scena po scenie, a to dzięki lekturze znakomitej powieści Cormaca McCarthy'ego. Nie ukrywam, że po jej przeczytaniu liczyłam przede wszystkim na świetną adaptację i nie zawiodłam się, chociaż, moim zdaniem, film nie dorównuje literackiemu pierwowzorowi. Przede wszystkim dlatego, że akcenty rozłożone są nieco inaczej.

W powieści głównym bohaterem jest tak naprawdę szeryf Bell, jego przemyślenia otwierają i zamykają całą narrację, pełni on niejako rolę greckiego chóru, uosabia mądrość minionych pokoleń, jednocześnie występuje jako przewodnik po kraju, który nie należy już do niego, za który kiedyś walczył, a z którym pomału zatraca tożsamość.

Tommy Lee Jones znakomicie pasuje do tej roli. Jego surowa twarz zdaje się opoką moralności w czasach zepsucia i znieczulenia. Gdyby jednak chcieć przenieść na ekran całego powieściowego szeryfa, film musiałby trwać dużo dłużej, zatem rola Tommy'ego Lee Jonesa z konieczności ogranicza się do smutnych rozmów przy kawie z kolegami po fachu - rozmów ważnych, będących swoistymi punktami odniesienia w gąszczu mafijnych porachunków niezrozumiałych dla widza, ale trudno mi pogodzić się z filmową redukcją Bella, jakiego znam z książki.

Nie pozostaje to bez wpływu na całość. Wydaje mi się, że film nie do końca udźwignął surową jak teksańska ziemia religijną metaforykę Cormaca McCarthy'ego, dzięki której nagle dociera do nas na koniec, że mieliśmy do czynienia z przypowieścią.

Nie znaczy to jednak, że mamy nie iść do kina. Bracia Coen przygotowali dla nas wyjątkowo ciężkostrawny, urokliwy w swej ponurej stylistyce obraz kraju, (w którym na szczęście jeszcze jest miejsce dla świetnych reżyserów); obraz, który nie tylko przyciąga spojrzenie widza, ale potrafi je odmienić.

A jak się wszystko zaczęło? Otóż weteran wojny w Wietnamie, Moss (Josh Brolin), podczas polowania, przypadkiem natyka się na martwych gangsterów, martwego pitbulla, porzuconą kokainę i walizkę pełną pieniędzy. Pokusa łatwego zarobku okazuje się zbyt silna i Moss od razu przystępuje do zuchwałej kradzieży nie przejmując się, że jeden z bandytów zdradza nikłe oznaki życia błagając po hiszpańsku o łyk wody. Jednak jeszcze tej samej nocy naszego bohatera rusza sumienie i z pełnym baniakiem wraca na pole bitwy. Ten odruch serca okazuje się brzemienny w skutkach. Właściciele skradzionej walizki wpadają na jego trop i rozpoczyna się pościg. Jednocześnie Mossowi po piętach depcze bezwzględny Chigurh (Javier Bardem), w którym wszystko, od metod zabijania po fryzurę nosi jaskrawe znamiona psychopatii.

Chciałabym się na chwilę zatrzymać przy tej postaci. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Coenowski Chigurh nieco odbiega od literackiego zamysłu McCarthy'ego. W powieści był on uosobieniem zła, był diabłem, który pod nieobecność Boga organizuje świat po swojemu. Bracia Coen starali się uzyskać ten efekt poprzez momentami tragikomiczne przerysowanie postaci, co niekoniecznie według mnie pasowało do surowej, oszczędnej estetyki filmu.

Gdy Moss kontynuuje ucieczkę, tytułowy stary człowiek, szeryf Bell, wykonuje uczciwie swą pracę starając się go złapać, nim zrobi to mafia bądź Chigurh. Zadanie to okazuje się jednak być ponad jego siły. Zło wygrywa z dobrem. Wszystko wokół zdaje się mówić - to nie jest już czas dla szeryfów. To nie szeryf odjedzie w chwale na tle zachodzącego słońca.

Film łamie też inny amerykański mit, mit niezwyciężonego Rambo. Sześćdziesięciojednoletni Sylvester Stallone może dokazywać na ekranie ku uciesze gawiedzi, ale "nowy Rambo" - Moss, nie zapełni foliowych worków trupami wrogów.

"To nie jest kraj dla starych ludzi" to pesymistyczny, do bólu depresyjny obraz świata, na który nie chcemy wyrazić zgody, ale tak naprawdę wyrażamy przechodząc do porządku dziennego nad gazetami donoszącymi o kolejnych coraz bardziej wyrafinowanych i absurdalnych aktach przemocy.
Kafka napisał - "W walce między tobą a światem sekunduj światu. Nie wolno nikogo, nawet świata, oszukiwać, odbierając mu zwycięstwo". Czy zatem nie mamy najmniejszych szans? Film braci Coen po mistrzowsku obdziera nas ze wszelkich złudzeń. Pozostaje albo bezdenna rozpacz i ucieczka w nihilizm albo żarliwa nadzieja, że Bóg istnieje, że patrzy, że kiedyś nas wszystkich sprawiedliwie osądzi.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (45 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię