Recenzja filmu Pewnego razu... w Hollywood (2019)
Quentin Tarantino

Wehikuł czasu

Tarantino w "Pewnego razu w… Hollywood" bawi, szokuje, ale nie imponuje jak w swoich najlepszych dziełach. Jak sam przekonuje, kino to magiczny wehikuł czasu, który potrafi zmieniać rzeczywistość ...
Filmweb sp. z o.o.
W każdym roku pojawia się kilka filmowych pereł - najgłośniejszych i najbardziej oczekiwanych przez widzów. I choć od kilku lat prym w tym wiodą przede wszystkim filmy super-hero, to mało które nazwisko reżysera rozgrzewa i intryguje tak jak Quentina Tarantino. Reżyser, który zbudował swoją legendę jako nastolatek pracujący w wypożyczalni wideo w Kalifornii, gdzie podobno zobaczył każdy film leżący na półce. Nauczył się z nich reżyserii i były dla niego inspiracją, aby zacząć pisać własne scenariusze. Niektóre z wyreżyserowanych przez niego dotychczas filmów uważane są za jedne z najlepszych i kultowych dzieł kinematografii. Jego najnowszy film - "Pewnego razu w… Hollywood" - był zdecydowanie najbardziej obleganym filmem tegorocznego festiwalu Cannes (dokładnie 25 lat po zdobyciu Złotej Palmy za "Pulp Fiction") i spotkał się z kilkuminutową owacją po seansie i bardzo ciepłym przyjęciem przez krytyków.

photo.title

"Pewnego razu w… Hollywood" zabiera nas do Los Angeles w roku 1969, gdzie znany aktor telewizyjnych seriali sensacyjnych i westernów, Rick Dalton (Za pięć dwunasta (2007)Leonardo DiCaprio) wraz ze swoim dublerem, z którym pracuje i przyjaźni się od lat - Cliffem Boothem (Brad Pitt), próbuje rozpocząć karierę w filmach. Fenomenalne role i zgrany duet głównych bohaterów na ekranie świetnie współgra z ich historiami i trudnymi sytuacjami. DiCaprio poprzez swój autoironiczny występ świetnie odgrywa gwiazdę przechodzącą kryzys, użalającą się nad sobą i zalewającą swoje smutki alkoholem. Wątpiąc w swoje umiejętności i możliwości, reaguje bardzo emocjonalnie zarówno na pochwały jak i krytykę. Dodatkowo Rickowi doradza jego agent – Marvin Schwarz (Al Pacino), który także poprzez chłodną analizę doprowadza bohatera do zatracenia wiary w siebie. Z drugiej strony Pitt po raz kolejny pokazuje swój potencjał, odgrywając postać tajemniczą, z przeszłością, która utrudnia mu podjęcie pracy zawodowej. Poza wieloletnią przyjaźnią oraz pracą dla Ricka jako kierowca, Cliff zajmuje się swoim ukochanym psem – Brandy’m.

Tymczasem obok willi Ricka od kilku miesięcy mieszka Roman Polański (Rafał Zawierucha) wraz z małżonką Sharon Tate (Margot Robbie). Obydwoje bohaterów widzimy na ekranie stosunkowo rzadko, a sam Zawierucha ma tylko kilka kwestii w całym filmie – mimo to, patrząc na aktora i przypominając sobie zdjęcia Polańskiego z tamtego okresu, można stwierdzić, że poradził sobie bardzo dobrze z odegraniem roli reżysera. Z kolei Margot Robbie odgrywa wschodzącą gwiazdę dużego ekranu, która nie jest jeszcze popularna, ale jest znana wśród ludzi z branży.

Tarantino nie spieszy się z akcją i rozwojem wątków – pozwala wygadać się bohaterom i nacieszyć scenami, które pokazują życie w Los Angeles w minionej epoce. Pojawiają się też liczne nawiązania do własnej twórczości, popkultury oraz do kina i znanych postaci z ubiegłego wieku - gwiazda kina Steve McQueen (Damian Lewis) czy Bruce Lee (Mike Moh). Idealnie odtwarza również realia epoki (od strojów, fryzur, samochodów czy nawet gangów hippisów) oraz świetnie dobiera ścieżkę muzyczną. Jest to także jeden z najbardziej rzeczywistych światów, jakie dotychczas wykreował ten reżyser.


Dziewiąty film Tarantino jest piękną laurką dla kina. Reżyser, obsesyjnie się nim fascynując, pokazuje to na każdym kroku w swoim nowym filmie. Jest to też jednocześnie film najbliższy temu, co pokazał w "Pulp Fiction". Standardowo wykorzystuje swoją ulubioną technikę narracyjną – końcowy twist, który dostarcza wielu niespodzianek i emocji (zarówno szokuje, bawi i wzrusza), który jednych będzie zachwycać, a innych bulwersować. Podobnie jak w poprzednich dziełach reżysera, właśnie te kontrowersyjne decyzje fabularne staną się znakiem rozpoznawczym dla tego filmu.

Problemem "Pewnego razu w… Hollywood" może być pojawienie się dużej ilości wątków, gdzie niektóre z nich wydają się nieco niewykorzystane lub zbędne – jak epizodycznie pojawiający się Polański (Rafał Zawierucha), Charles Manson (Damon Herriman) czy wątek Sharon Tate (Margot Robbie), co sprawia, że nie wiemy, w jakim kierunku zmierza akcja filmu. Oczywiście Tarantino chciał cofnąć się w czasie, do momentu tych strasznych zdarzeń (morderstwa Sharon Tate i jej przyjaciół), które wstrząsnęły krajem i przedefiniowały kulturę (co dla niektórych może być moralnym nadużyciem – moim zdaniem niesłusznie). Z drugiej strony zdarzenia te spowalniają tempo filmu, szczególnie w drugim akcie, przez co można odnieść wrażenie, że film jest zbyt rozciągnięty, a jeszcze niektórym seans może wydać się po prostu nudny (co przy filmach Tarantino jest chyba największym grzechem). Nuda ta może wynikać jednak z powodu niezrozumienia, o czym film jest i do czego dąży – te pozornie niezwiązane ze sobą wątki dopiero pod koniec tworzą pełną i przemyślaną konstrukcję. Dodatkowo, pomimo świetnych dialogów, brakuje tu kwestii pokroju tych zapadających w pamięć, obecnie kultowych, znanych z "Pulp Fiction" czy "Bękartów Wojny".


Kolejny raz nie można jednak odmówić Tarantino, że jest mistrzem dialogów i kreowania rzeczywistości. Pojawiający się w filmie ironiczny humor, wyraziste i charyzmatyczne postacie oraz wyczucie absurdu w brutalnych scenach przypomina nam najlepszą formę reżysera sprzed lat. Tarantino w "Pewnego razu w… Hollywood" bawi, szokuje, ale nie imponuje tak jak w swoich najlepszych dziełach. Jak sam przekonuje, kino to magiczny wehikuł czasu, który potrafi zmieniać rzeczywistość – i rzeczywiście ten film taki jest. Filmy Tarantino można kochać, można nienawidzić, ale zawsze wywołują one olbrzymie emocje i są jednym z największych filmowych wydarzeń danego roku. Niestety, biorąc pod uwagę, że zgodnie ze swoimi zapowiedziami Tarantino nakręci dokładnie 10 filmów, będziemy tylko jeszcze jeden ostatni raz, wyczekiwać zapowiedzi, a następnie dnia premiery filmu, który miejmy nadzieję, będzie kolejnym arcydziełem reżysera i zapisze się w historii kina.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (26 głosów).
Skylife
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (10)

zobacz wszystkie
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię