Recenzja filmu Wielkie oczy (2014)
Tim Burton

Wielka pustka

"Wielkie oczy" to jeden z tych filmów, na które nikt by prawdopodobnie nie czekał, gdyby nie nazwisko reżysera.
Filmweb sp. z o.o.
"Wielkie oczy" to jeden z tych filmów, na które nikt by prawdopodobnie nie czekał, gdyby nie nazwisko reżysera. Dramat biograficzny o amerykańskiej malarce Margaret Keane, które w latach 60. i 70. malowała obrazy sierot o wielkich oczach, nie jest materiałem, w którym od razu widzielibyśmy Tima Burtona. Kultowy reżyser zdobył popularność i uznanie kręcąc specyficzne filmy, w których jawa przeplatała się ze snem, a wszystko to przyprawione było odrobiną szaleństwa. Powodów podjęcia takiego tematu należałoby może upatrywać w twórczym wypaleniu, bo jak ogromna nie byłaby nasza sympatia do tego autora, nie da się ukryć, że daleko mu do dawnej świetności.


Margaret (Amy Adams) jest samotną matką oraz malarką, która ma problemy, żeby związać koniec z końcem. Pewnego dnia poznaje Waltera (Christoph Waltz), agenta nieruchomości, który marzy o byciu artystą i jest pod wielkim wrażeniem jej prac. Para szybko się pobiera, a Walter rozpoczyna sprzedawanie obrazów żony. Margaret nie ma nic przeciwko temu, nie wie jednak, że jej mąż przypisuje sobie ich autorstwo.


Fabuła oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, w związku z czym trudno zarzucać jej schematyzm czy wtórność. Zarzuty można jednak kierować w stronę formy przełożenia tej historii, na język filmowy i tu niestety nie jest dobrze. W "Wielkich oczach", które opowiadają przecież o realnych postaciach, bohaterowie są płascy i zbudowani na kilku wyróżniających ich cechach, a dialogi między nimi przypominają kiepską produkcję telewizyjną. Nie pomagają kreacje aktorskie, wśród, których Christoph Waltz wyróżnia się najbardziej. Grając Waltera, aktor sięga po środki ekspresji, z których znamy go doskonale. Jest więc i dynamiczna mimika i gestykulacja, brakuje jednak hamulców. Waltz gra więc karykaturę swoich poprzednich ról, tworząc bohatera, którego zachowania są nawet nie tyle śmieszne, co zwyczajnie żenujące. Swoim występem aktor odstaje nie tylko od reszty obsady, ale od całego wykreowanego na ekranie świata. Wśród raczej stonowanych występów, on jest gwałtowny i groteskowy, co nie ma żadnego uzasadnienia w fabule.


Sama historia prowadzona jest w sposób toporny, czego dobrym dowodem jest narracja spoza kadru. Obecny w filmie narrator jest zupełnie niepotrzebny, gdyż opowiada o rzeczach, które albo są jasno przedstawione, albo nie trudno się ich domyślić. Nie uświadczymy także tempa, momenty, w których budowane ma być napięcie, wywołują obojętność. Zwroty akcji z kolei bez emocjonalnego preludium nie zaskakują. Historia prowadzona jest na tyle przewidywalne, że nie trzeba znać faktów z życia Keane'ów, żeby wiedzieć co się stanie. Gdy czekamy na wydarzenia, o których wiemy, że muszą nastąpić, dopada nas nuda i zupełnie oddzielamy się od opowieści. W filmie nie ma też miejsca, które Burton mógłby wykorzystać do kreowania swoich ekstrawaganckich wizji. Pojawia się jedna scena, w której stan psychiczny bohaterki rzutuje na rzeczywistość, ale jest ona na tyle oszczędna w formie, że nawet tam trudno dostrzec wpływ reżysera.


"Wielkie oczy" zawiodą fanów twórczości Tima Burtona, a trudno wyobrazić sobie widza, który nie znając jego wcześniejszych produkcji, poczułby się zachęcony seansem, żeby te zaległości nadrobić. Nie widać tu bowiem ani ambicji, ani realnej potrzeby nakręcenia tego filmu, zupełnie jakby twórcy zostali do tego zmuszeni. To jedna z tych produkcji, które mogłyby w ogóle nie powstać i prawdę powiedziawszy, wszyscy by na tym skorzystali.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 41% uznało tę recenzję za pomocną (58 głosów).
Fiyo
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię