Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (2015)
J.J. Abrams
Waldemar Modestowicz

Yoda byłby dumny!

Po dziesięciu latach od premiery "Zemsty Sithów" ponownie udajemy się do odległej galaktyki. Siódmy epizod kultowej sagi to na szczęście inny film niż prequelowa trylogia Lucasa. Widać, że to ...
Filmweb sp. z o.o.
Po dziesięciu latach od premiery "Zemsty Sithów" ponownie udajemy się do odległej galaktyki. Siódmy epizod kultowej sagi to na szczęście inny film niż prequelowa trylogia Lucasa. Widać, że to produkcja zrealizowana przez fana dla fanów, z szacunkiem, klasą i pasją. Moc się przebudziła, a ten, kto nie wierzył, że tak się stanie, może odetchnąć z ulgą. 

photo.title

Disney przejął władzę nad kultowym uniwersum. Ale słowo Disney nie zawsze musi być wyłącznie synonimem infantylnej bajki. "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy" to powrót do korzeni. Do tego, co najlepsze w kosmicznej sadze sprzed kilku dekad. Bez Lucasa na pokładzie, ale za to z człowiekiem na reżyserskim stołku, który jak mało kto w hollywoodzkiej branży wie, w czym tkwi sedno tych filmów. J.J. Abrams to przecież człowiek, który odświeżył zakurzonego "Star Treka" i zauroczył spielbergowskim "Super 8". Nic dziwnego, że to on został wyznaczony na reżysera kolejnej części "Gwiezdnych wojen". A gdy świat obiegła informacja, że współscenarzystą będzie sam Lawrence Kasdan – osoba odpowiadająca ze skrypt do najmroczniejszej i najlepszej odsłony pierwszej trylogii, czyli "Imperium kontratakuje", to obawy zmalały całkiem. A gdy wreszcie pojawiły się najpierw krótki teaser, a następnie pełny zwiastun już wszyscy byli pewni, że to nie mogło się nie udać. 

Faktycznie panowie sprawili, że dojrzały widz powtórnie odkryje w sobie dziecko, śledząc na dużym ekranie losy dawnych, lubianych bohaterów i poznając nowych. I choć pojawia się kilka nietrafionych decyzji w prowadzeniu fabuły, to magia i klimat znów biorą górę. Bo to właśnie te elementy zawsze były najważniejsze. Co prawda Han Solo czy Luke Skywalker byli postaciami nieco papierowymi, zbyt jednoznacznymi (szczególnie ten drugi), lecz nie przeszkadzało to bynajmniej w utożsamianiu się z nimi i wielbieniu po wsze czasy. "Przebudzenie Mocy" to przykład, że Kino Nowej Przygody nie umarło i na nowo przeżywa swój renesans. I tak jak kiedyś, i tym razem zostajemy wrzuceni w środek kosmicznej zawieruchy i walczymy ze złem, a nasza wyobraźnia zostaje pobudzona, jakby trafił w nas silny elektryczny impuls. 

photo.title

No i jesteśmy wśród gwiazd. Z dala od szarej ziemskiej codzienności. Na ekranie wyświetla się słynny, zabarwiony na żółto tytuł "Star Wars", a w tle słychać znajomy muzyczny motyw Williamsa. Serce zaczyna bić coraz mocniej. Emocje już na początku sięgają zenitu. Pierwsze minuty, kolejne. Jest nieźle, jest dobrze, jest fantastycznie. Akcja siódmego epizodu rozgrywa się trzydzieści lat po wydarzeniach z "Powrotu Jedi". Pokój to echo przeszłości. Na gruzach Imperium powstała, zbliżona do nazistowskiej organizacja Najwyższy Porządek, na której czele stoi Wódz Snoke (Andy Serkis). Jego uczeń – Kylo Ren (znany z serialu "Dziewczyny" Adam Driver) to oddany ideałom, władający mocą i czerwonym, przypominającym krzyż, mieczem świetlnym, czciciel legendarnego Dartha Vadera. Po przeciwnej stronie mamy Ruch Oporu, którego generał – Leia Organa (Carrie Fisher) i jej przyjaciele starają się, jak tylko potrafią, aby nie dopuścić do podbicia przez nowego wroga całej Galaktyki. Stawka jest wysoka. I zarówno ci pierwsi, jak i drudzy, podobnie, jak fani oglądając plakat i zwiastun, zadają pytanie: gdzie jest Luke? W pierwszych minutach udajemy się na pustynną planetę Jakku – składowiska złomu wszelkiego rodzaju. Tam w jednym z wraków od lat mieszka młoda dziewczyna o imieniu Rey (Daisy Ridley). Splot okoliczności spowoduje, że spotka na swojej drodze małego droida BB-8, który mimo niewielkich rozmiarów, ma do wykonania misję o ważkim znaczeniu…

photo.title

Żeby było jasne. "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy" to film niepozbawiony wad. Odnajdziemy w nim fabularne dziury, szczyptę cukierkowatości (wszak to PG-13) i kilka dziwnych zachowań i nieracjonalnych decyzji głównych bohaterów. Co więcej, widzowie nieznający wcześniejszych części mogą też zarzucić, że scenariusz jest zbyt prosty, choć akurat w przypadku "Gwiezdnych wojen" to bardziej plus niż minus. Abrams i Kasdan nie wikłają nas w politykę jak niegdyś Lucas w "Mrocznym widmie". I dobrze. Dzięki temu opowieść staje się bardziej uniwersalna, przystępna dla widza w każdym wieku. Łza się w oku kręci, gdy na gwiezdną arenę wchodzą Han i Chewbacca, wówczas nostalgia przechyla szalę, wymazując głupotki i niedociągnięcia. Największym problemem dla wielu miłośników może być natomiast permanentne déjà vu, że część scen i ogólny fabularny rys bardzo przypomina "Nową nadzieję". Z drugiej strony ta powtórka z rozrywki dawkowana jest tak umiejętnie i przejawia narracyjną witalność, że jednak nie jest to typowy klon, a raczej świeży owoc w misce wypełnionej próbowanymi całe lata smakołykami.

Abrams czasem ma też ochotę zbytnio się zapędzić z akcją, a niektóre ujęcia i rozwój bohaterów ukazywać nieco chaotycznie, ale można mu to wybaczyć. Wydaje się, że gdzieś czuwa duch mistrza Yody, który pozwala, aby J.J. obdarzył film autorskim stylem, ale i nieco go stopuje przed zakusami wplecenia w obraz tzw. lens flare. Reżyser potrafi odnaleźć złoty środek, idealnie łącząc praktyczne efekty z komputerowym CGI (tu jedynie Snoke jest zgrzytem – zamiast grozy i tajemnicy, bardziej cierpi na rzucający się w oczy "tani" motion capture) i nie pozwala, by warstwa techniczna przejęła władzę nad treścią. 


Poza tym świetnie prowadzi aktorów. Niemalże większość postaci jest i bardzo dobrze napisana i zagrana. Wiadomo, że Harrison Ford to klasa sama w sobie – strzela ironicznymi ripostami na lewo i prawo, a Carrie Fisher bez problemu wciela się w Leię Organę. Ich wiek nie był żadną przeszkodą, by ponownie wiarogodnie zagrali znanych bohaterów. Natomiast wielką niewiadomą byli Daisy Ridley – Rey, John Boyega jako Finn i Adam Driver – Kylo Ren. Najciekawiej wypada Daisy. Co tym bardziej cieszy, gdyż jest debiutantką. Wróżę jej niebywałą karierę (oby tylko nie wpadła w sidła nałogów jak kiedyś Fisher). Jej Rey to sprytna heroina z krwi i kości, ale bliżej jej do energetycznej i odważnej Katniss z "Igrzysk śmierci" aniżeli np. elektryzującej Furiosy w wykonaniu Charlize Theron. Ridley z łatwością wpasowała się w ten galaktyczny świat. Również towarzyszący jej na ekranie Boyega ("Atak na dzielnicę") czuje się tu jak ryba w wodzie. Szybko odnajdujemy z nim więź. Jest zabawny, ale w ten pozytywny sposób (nie ma żenady, jaką kiedyś zaserwował nam komputerowy Jar Jar Binks). Jest między tą dwójką chemia, co powoduje, że od samego początku im kibicujemy. Niesłuszne były oskarżenia i negatywne wpisy na forach, że ten czarnoskóry, dwudziestokilkuletni aktor pasuje do "Gwiezdnych wojen" jak pięść do nosa. Nieco gorzej, choć i tak poprawnie wypada ten trzeci, antagonista Kylo. To nie postać tej rangi, co Vader. To zaślepiony wyznawca ciemnej strony mocy z mocno zwichrowaną psychiką. Szaleniec, którego niełatwo poskromić. Jego relacje z generałem Huxem (rudowłosy Domhnall Gleeson, nie tak charyzmatyczny, jak Peter Cushing w roli Tarkina w "Nowej nadziei") to dość intrygujący wątek. Obaj są żądni władzy i obsesyjnie dążą do wyznaczonego celu. Dla mnie jednak to nie żadna z powyższych postaci, a pilot Poe Dameron (angaż Oscara Isaaca był strzałem z blastera w dziesiątkę; czyżby przyszły charakterny odpowiednik Hana Solo?); sympatyczny niczym WALL.E, biało-pomarańczowy kulisty droid BB-8 i enigmatyczna, wykreowana w CGI Maz Kanata są tymi, bez których uniwersum "Star Wars" nie miałoby racji bytu. Niesamowite postaci. 

photo.title

"Przebudzenie Mocy" ogólnie wygrywa niemal na wszystkich polach, i naprawia, to co zepsuł Lucas w prequelach. Może i John Williams nie urzeka już nowymi kompozycjami, tak aby zanucić je zaraz po seansie i zapamiętać na lata (poza klimatycznym motywem Rey), ale to nadal są "Gwiezdne wojny". Czuć to coś, coś, co kiedyś porywało widzów ku wspaniałej przygodzie. I powtórnie jest to odpowiednio zbalansowane (humor kontra powaga, kino familijne i science fiction). Poezja kosmosu i surowo-barwny świat, który tętni życiem. Nawet wtórność scenariusza okazuje się paradoksalnie jego siłą. 

Na "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy" czekało miliony ludzi, dla których ten film, to dużo więcej niż zwykła komercyjna rozrywka. To religia, mitologia i jednocześnie machina do zarabiania ogromnych pieniędzy. Odpowiednia strategia marketingowa podgrzewała napięcie. Czy udało się zadowolić wszystkich? Nie, na stu miłośników, wręcz wyznawców "Star Wars", znajdzie się kilku niedopieszczonych, którzy nie zaakceptują takiej wizji. Trzeba też mieć na uwadze, że to dopiero wstęp do większej całości. Poprzeczka została postawiona wysoko. Czy reżyserzy kolejnych epizodów: Rian Johnson ("Looper – Pętla czasu") i Colin Trevorrow ("Jurassic World") ją przeskoczą? Po drodze pojawią się jeszcze tzw. spin-offy, więc w najbliższych latach będziemy w odległej galaktyce gościć nieraz. Oby tylko z równie udanym skutkiem. Z J.J. Abramsa sam Yoda byłby dumny! Podszedłby do niego, wziął obie dłonie i powiedział: "Twoim sprzymierzeńcem jest Moc i potężnym sprzymierzeńcem ona jest".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (194 głosy).
Aragorn88
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (16)

zobacz wszystkie