Recenzja serialu Dziecko Rosemary (2014)
Agnieszka Holland

Zły bliźniak

Nie wierzę, że ktoś nie zna tej historii, ale w razie czego - ostrzegam przed spoilerami. Roman Polański, ekranizując w 1968 roku powieść Iry Levina - "Dziecko Rosemary" -  zmienił i zawojował ...
Filmweb sp. z o.o.
Nie wierzę, że ktoś nie zna tej historii, ale w razie czego - ostrzegam przed spoilerami.

Roman Polański, ekranizując w 1968 roku powieść Iry Levina - "Dziecko Rosemary" -  zmienił i zawojował Hollywood. "Ten mały Polaczek", jak nazywano go w tamtejszym środowisku, zrobił rzecz niebywałą - udowodnił, że kino grozy może być kinem ambitnym. Był to pierwszy horror sataniczny w historii, który poruszył lawinę filmów o podobnej tematyce. Bez "Dziecka Rosemary" nie mielibyśmy takich perełek jak "Omen" czy "Egzorcysta" - kolejnego arcydzieła gatunku. Dla Polańskiego był to pierwszy wielki sukces i przepustka (jak się potem okazało - krótkotrwała) do Krainy Snów. Stacja NBC po 46 latach postanowiła zatrudnić Agnieszkę Holland i zlecić jej telewizyjny remake filmu z 1968 roku. Holland ofertę przyjęła i tak zaczęły się ponowne narodziny diabelskiego dziecka.

O nowej odsłonie "Dziecka Rosemary" powinniśmy raczej mówić jako o filmie telewizyjnym niż o miniserialu. Do obejrzenia dostaliśmy dwa 90-minutowe odcinki opowiadające doskonale znaną nam już historię z dodatkiem kilku scen nie wnoszących zupełnie nic. Film został po prostu przeciągnięty na siłę.  Tym razem w rolę Rosemary wcieliła się Zoe Saldana, znana m. in. z "Avatara" Camerona czy najnowszych odsłon "Star Treka" spod ręki J. J. Abramsa (w niedalekiej przyszłości znanego jako nowy reżyser "Star Wars") natomiast rolę Guya otrzymał Patrick J. Adams - współproducent i odtwórca jednej z głównych ról w popularnym serialu telewizyjnym "Suits". Jak się sprawdzili?

Dialogi młodego małżeństwa rażą sztucznością, a sami aktorzy, zdaje się, nie czują swoich postaci i przechodzą obok filmu. Nie kibicujemy Rosemary, nie lubimy jej, nie obchodzą nas jej losy - co możemy uznać za całkowitą porażkę Saldany. Nie inaczej ma się sprawa z Adamsem. Jego Guy jest bezbarwny i najzwyczajniej w świecie denerwujący - tworzą więc dobraną parę. Lepiej sprawdza się drugi plan, w szczególności małżeństwo Castevetów (Carole Bouquet i Jason Isaacs). To najlepiej dobrana para aktorów w filmie, nie tylko pod względem specyficznej, świetnie pasującej do ich ról urody, ale też samego warsztatu. Niedostatki ich postaci wynikać mogą raczej z problemów samego scenariusza. Do nieciekawych bohaterów dołączyć musimy niestety Christine Cole w roli irytującej przyjaciółki Rosemary oraz Oliviera Rabourdina - komisarza Fontaine, ciągnącego cały film na jednej minie i jednym tonie głosu. Nie można również zapomnieć o Weronice Rosati, pojawiającej się 2 sekundy na ekranie jako prostytutka.

Holland pozbawiła całą historię wieloznaczności. O ile Polański bez przerwy balansował na granicy obłędu i czarnej magii, o tyle nowa wersja prezentuje nam opowieść jednowymiarową. Reżyserka nie używa miejsc (u Polańskiego mieszkanie było jednym z najważniejszych bohaterów), nie używa światła i obiektywów, by zbudować atmosferę paranoi i szaleństwa. Film nie ma żadnego stylu, jest przezroczysty, przez co robi się nudny, bez jakiejkolwiek nutki oryginalności. Sceny, które mają za zadanie nas przestraszyć lub chociażby zaniepokoić, żenują i śmieszą (scena zjadania serca, scena rytualnego gwałtu i scena morderstwa na uczelni nie mają żadnego polotu, są standardowe do granic możliwości i wyglądają jak nakręcone przez studenta pierwszego roku filmówki, a nie reżysera z bądź co bądź imponującym dorobkiem). Sen Rosemary, w absolutnie genialny sposób przedstawiony w oryginale, u Holland nie ma żadnego znaczenia. Oglądamy przypadkowe obrazki aż w końcu dochodzimy do sceny kulminacyjnej, która wygląda po prostu źle. Można by tak wymieniać jeszcze długo, ale kwintesencją niech będzie ostatnia scena filmu: u Polańskiego historia kończy się zbliżeniem na twarz Rosemary. Reżyser nie potrzebuje niczego więcej, ponieważ jedno spojrzenie Mii Farrow wystarczy - wiemy wszystko, co mamy wiedzieć. Holland na tym nie poprzestaje i wyciąga Rosemary na spacer z dzieckiem usadowionym w wózeczku. Po co? Żeby trwało to dłużej? Być może. Scena niepotrzebna, chyba że mamy ochotę popatrzeć jeszcze raz na pokolorowane w Photo-shopie oczy, bo, o czym nie wspomniałem, w tej wersji dziecko widzimy. Polański zdawał sobie sprawę, że nic nie działa na ludzi bardziej niż ich własna wyobraźnia. Holland nie pozostawia wyobraźni żadnego pola.

Z elementów ważnych również w wersji Polańskiego pozostała szafa, jednak potencjał jej symbolu nie został wykorzystany w ogóle. Jak wiadomo, to w szafie (czasami też pod łóżkiem) mieszkają wszystkie potwory i strachy dziecięcej wyobraźni. Polański w całej Trylogii Apartamentowej używa szafy w tym właśnie kontekście (dzięki czemu, pomimo niejednoznaczności historii, możemy śmiało opowiedzieć się za jedną interpretacją), u Holland jest to kolejny bezużyteczny w filmie przedmiot. Również pod koniec Rosemary nie wstaje z łóżka, by przejść przez szafę do ukrytego pomieszczenia - robi to w środku dnia pomiędzy zwykłymi czynnościami, co po raz kolejny odziera historię z niejednoznaczności. Akcja pierwotnej wersji działa się w okresie świąt Bożego Narodzenia, akcja nowej wersji dzieje się nie wiadomo kiedy - bo przecież nie ma to żadnego znaczenia. Również nie ma znaczenia, że Guy jest tym razem pisarzem, a nie aktorem, co przecież było niezwykle ważne. W ogóle mam wrażenie, że remake jest żartem zrobionym po to, by pokazać, że tą samą historię można nakręcić dobrze i źle.

Na plus możemy zaliczyć muzykę Antoniego Łazarkiewicza. Nie można oczywiście porównywać jej do kompozycji Komedy, jednak jest ona tu jedynym czynnikiem tworzącym nastrój. Tyle.

Wersja z 1968 roku była znakiem swoich czasów, symbolem artystycznego światka. Oglądając wersję Holland, czekałem z niecierpliwością na jakiś nagły zwrot, na inne rozłożenie akcentów, które dało by materiał do wyciągnięcia czegoś nowego z tej historii, na uzasadnienie jej. Nic takiego nie dostałem. "Dziecko Rosemary" A.D. 2014 jest filmem złym i niepotrzebnym. Wynudziłem się na tym, co nie miara (a zarówno wersję Polańskiego, jak i samą historię uwielbiam). Film NBC kuleje niemal pod każdym względem. Nawet zdjęcia są bardzo przeciętne, a lokacje kiepsko dobrane. Aż mi się nie chce więcej pisać. "Hail Satan?" Nie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (92 głosy).
KetRaab
ocenia ten serial na:
1 10 1/10 nieporozumienie