Recenzja filmu Tańczący z wilkami (1990)
Kevin Costner

Z dziennikiem wśród Indian

Kevin Costner jest jednym z nielicznych przykładów, że aktorstwo uczy całej prawdy o kinematografii. Adaptacja książki Michaela Blake'a "Tańczący z wilkami" jest jego pierwszym reżyserskim ...
Filmweb sp. z o.o.
Kevin Costner jest jednym z nielicznych przykładów, że aktorstwo uczy całej prawdy o kinematografii. Adaptacja książki Michaela Blake'a "Tańczący z wilkami" jest jego pierwszym reżyserskim wyczynem i jego debiut został nagrodzony siedmioma nagrodami Akademii, w tym za najlepszy film i reżyserię. Costner zabrał nas w podróż po amerykańskich preriach, daleko na Dzikim Zachodzie i nie ukazał je jako dzikie, chaotyczne ziemie, ale spokojne i pełne harmonii.

Historia porucznika Johna Dunbara rozpoczyna się na linii frontu, podczas bitwy między oddziałem Unii oraz Konfederatów. Dunbar, ranny w nogę, postanawia zerwać z wojną w najbardziej brutalny ze sposobów - śmierć w chwale. Zamiast tego zostaje bohaterem i obdarzony przez generała wieloma łaskami i przywilejami, z których Dunbar bez zastanowienia korzysta. Podczas trwania blisko czterech godzin Costner nie traci zbytnio czasu na podróżach czy też pobytach w oddalonych fortach - historia rusza dalej, kiedy porucznik oddalił się znacząco od cywilizacji, a na jego otoczenia składają się: wilki, ptaki, bezkresne morza traw oraz upalne słońce. Z dala od wojennego zgiełku dociera w końcu do swojego posterunku - zdewastowanego i opuszczonego fortu Sedgewick, zaś dookoła nie ma nikogo, kto mógłby mu powiedzieć co tutaj zaszło.


Najważniejszym problemem filmu jest przemiana bohatera z Johna Dunbara w tytułowego Tańczącego z wilkami. Stopniowe dawkowanie elementów przetrwania na pustkowiu oraz zachwytu indiańskiego stylu życia, cała konfrontacja surowego oblicza prerii z pięknem i harmonią, pozwala nam zanurzyć się w świecie przedstawionym, powodując u nas tylko i wyłącznie zamiłowanie. Jest to historia przypominająca losy Johna Smitha i jego legendarnego spotkania z Pocahontas, lecz opowiedziana w zupełnie inny sposób, koncentrująca się bardziej na afirmacji i asymilacji, niż samej miłości. Mimo to, jest ona nie mniej interesująca, wciąga widza w czułe ramiona indiańskiego społeczeństwa, które choć odosobnione i żyjące w strachu przed białym człowiekiem, potrafi znaleźć w sobie odwagę i zaufać nowym przybyszom.

W filmie śledzimy każdy krok i obserwujemy dokonania porucznika Johna Dunbara. Na pustkowiu mierzy się głównie z samym sobą oraz przeciwnościami losu, lecz w gruncie rzeczy jest to człowiek dobrego serca, potrafiący docenić naturę i kulturę Indian. Być może ta wewnętrzna otwartość pozwoliła mu zbliżyć się do Indian i przyjąć ich styl życia, odrzuca swoje dawne życie. Kevin Costner nie szczędził czasu na aprobatę tradycji rdzennych Amerykanów oraz dezaprobacie białych najeźdźców. Jest to dość jednostronne posunięcie, które niektórych widzów może razić i odpychać, ponieważ w tym dialogu dwóch cywilizacji poznajemy jedynie skromność i spokój Indian oraz łapczywość i głupotę Amerykanów. Moim zdaniem, Kevin Costner wychodzi tutaj obronną ręką, czyniąc swoją postać porucznika Dunbara łącznikiem pomiędzy obiema cywilizacjami, przekaźnikiem dobrych wartości ludzi ze wschodu. W końcu, dzięki wyżej wymienionym cechom, Indianie przyjmują Dunbara do swojego plemienia, nadając mu imię Tańczący z wilkami.


Aspektami przemawiającymi za stwierdzeniem, że "Tańczący z wilkami" jest pięknym filmem, są rzeczy techniczne - praca kamery i jej kontemplacja bezkresu morza traw oraz wspaniałych dolin z lasami brzozowymi. Zdjęcia Deana Semlera są niczym pędzel malarza, którym jest Costner i jego opowieść z dziennika porucznika Johna Dunbara. Jednakże, najbardziej zapadające w pamięci nie są tylko przepiękne zdjęcia, lecz zdjęcia w połączeniu z muzyką trzykrotnego zdobywcy Oscara, Brytyjczyka Johna Barry'ego. To ona wprowadza uczucie majestatu do filmu i dzięki niej zdjęcia stają się z filmem nieodzowną całością; postawy bohaterów zostają uzasadnione dramatycznymi sekwencjami smyczkowymi. Motyw przewodni filmu pojawia się w wielu miejscach i nie jest to zwykłe "kopiuj/wklej" w wykonaniu Barry'ego. Brytyjczyk potrafił się do każdego momentu w czterogodzinnym obrazie dostosować i stworzyć niezapomniane kompozycje.


Są takie momenty w karierach ludzi kina, że z czasem zostają kojarzeni z jednym filmem, który stał się już kultowy. Takim filmem dla Kevina Costnera jest "Tańczący z wilkami" - pozwalający się przenieść widzowi w odległe prerie, a przez medium dziennika, nawet utożsamić się z bohaterem i dopingować mu w jego zmaganiach. Ten film to z pewnością chluba w filmografii Amerykanina i ja po seansie byłem w pełni zadowolony. "Tańczący z wilkami" jest typem filmu, który zmusza dzisiejszego widza do zastanowienia się nad jego światem, który może się wydawać pełen kłamstw, biurokracji i oszczerstw ze strony nieznajomych - zupełne przeciwieństwo życia Indian, dla których najważniejsza jest szczerość, rodzina i zgodne społeczeństwo.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (35 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)