Recenzja filmu Pieśń słonia (2014)
Charles Binamé

Za wszelką cenę

"Pieśń słonia" to obraz silnie aspirujący do miana kina środka, który za wszelką cenę dąży do uniwersalnego pojednania zbiorowych zamiłowań. Najnowsza produkcja Charles Biname’a zostaje bowiem ...
Filmweb sp. z o.o.
"Pieśń słonia" to obraz silnie aspirujący do miana kina środka, który za wszelką cenę dąży do uniwersalnego pojednania zbiorowych zamiłowań. Najnowsza produkcja Charles Biname’a zostaje bowiem oparta na sprawdzonej konwencji, przy jednoczesnej próbie sprostania artystycznym zapotrzebowaniom wymagającej widowni. Szkoda, że na staraniach się kończy.

Theatrum charakterów i dialogów. Tak w skrócie można opisać adaptację sztuki Nicholasa Billona, w której to "złote dziecko kina" po raz kolejny rozstaje się z reżyserskim stołkiem, dając popis swych aktorskich zdolności. W przeciwieństwie do autorskiej kreacji Toma – represjonowanej, zaszczutej ofiary, Xavier Dolan przechodzi do wyraźnej ofensywy. Bo Michael to charyzmatyczny mistrz manipulacji, który już od pierwszych minut przejmuje inicjatywę, rozdaje karty, przywdziewa starannie wystudiowane pozy, wciągając widza w swą skrupulatnie prowadzoną grę.

Tło obyczajowe kanadyjskiej placówki psychiatrycznej, w której rozgrywa się akcja filmu, zostaje porzucone na rzecz dusznej, klaustrofobicznej przestrzeni narracyjnej. Cztery ściany gabinetu doktora Lawrenca (Colm Feore) okazują się w zupełności wystarczającym budulcem do ulepienia wyjątkowej płaszczyzny zmagań protagonistów. W oparciu o minimalistyczne środki stylistyczne, motorykę planu i fascynującą zabawę kadrem Pierra Gilla, reżyser snuje swą historię na bazie jedności czasu i miejsca, wzbogaconej o kilka ciekawych flashbacków. Osobliwa sesja terapeutyczna, podczas której na jaw wychodzą bolesne zaszłości przyjmuje zatem formę osobliwej rozgrywki, prywatnej konfrontacji pomiędzy niezrównoważonym pacjentem a jego przełożonym – doktorem Greenem (Bruce Greenwood).

Toksyczna relacja ujęta w formie wyrafinowanej, intelektualnej przepychanki staje się oczywistym kluczem do rozwikłania ekranowej szarady. Jednakże w momencie gdy Biname wykłada swe fabularne karty na stół czar momentalnie pryska. Wewnętrzne konflikty bohaterów okazują się nazbyt powierzchowne, a brak pogłębienia ich egzystencjalnych czy też rodzicielskich traum pozbawia "Pieśń słonia" fabularnego pazura. Koniec końców reżyser trafia w pułapkę klasycznego ujęcia gatunkowego, odruchowo poddając się rażącym półśrodkom zaczerpniętym z klasyki psycho-dreszczowców. A przecież to nie wszystko. Z tymi spiętrzonymi kliszami łączą się kolejne problemy: z pikantnej intrygi ostaje się zaledwie przewidywalny finał, równomierne spuszczanie z tonu, nieznośny sztamp oraz świadomość desperacko rozdmuchanego napięcia.

Michael (Xavier Dolan) w jednej ze scen wypowiada słowa: Quid pro quo, które stały się dla mnie obiecującą zapowiedzią umownego porozumienia zawartego pomiędzy twórcą a odbiorcami. Słynna łacińska sentencja silnie związana m.in. z adaptacjami prozy Thomasa Harrisa niestety nie znajduje u Biname’a alegorycznego odbicia. Powiem więcej - trudno nie odnieść wrażenia, że widz w zamian za swe inicjalne zaangażowanie nie otrzymuje nic poza zmarnotrawioną, przeciętnie poprowadzoną psychodramą. Niezależnie od szczerości intencji Biname popełnia rozczarowujące faux pas, z którego nawet "złote dziecko kina" nie jest w stanie go usprawiedliwić. Wstyd!
 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 39% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
m_demski
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni