Recenzja filmu Długi, wrześniowy weekend (2013)
Jason Reitman

Zdecydowany ruch nad dojrzałością brzoskwiń

Przyznam się, że w kinowym fotelu usiadłam zupełnie nieprzygotowana. Skutki gapiostwa okazały się samą przyjemnością. Nie zwróciłam nawet uwagi na gatunek "Labor Day", więc kiedy w pierwszych ...
Filmweb sp. z o.o.
Przyznam się, że w kinowym fotelu usiadłam zupełnie nieprzygotowana. Skutki gapiostwa okazały się samą przyjemnością. Nie zwróciłam nawet uwagi na gatunek "Labor Day", więc kiedy w pierwszych minutach filmu krwawiący nieznajomy wymusza na bohaterce Kate Winslet podwózkę, której celem ma być jej własny dom, spodziewałam się nożów wbijanych w dłonie, długich momentów krzyku i błagań oraz rozłupania głowy rzezimieszka mikserem w akcie desperackiej próby ochrony potomka. Nic z tych rzeczy. To wdzięczny dramat, którego reżyser – Jason Reitman ("W chmurach", "Juno"), zasłużył w moich oczach na kolejną wycieczkę w ciemno na jego przyszłe filmy.

Depresję Adele (Kate Winslet) można zauważyć na pierwszy rzut oka. Jej syn – Henry (Gattlin Griffith), który jest jednocześnie narratorem opowieści, wie, co to głębia samotności, zanim potrafi ten stan emocjonalny nazwać. Mocno trzyma trzęsącą się dłoń matki, kiedy odwiedzają supermarket, aby uzupełnić zapasy żywności. Nawet tak prosta czynność jest dla Adele wyzwaniem, nie lubi opuszczać swoich czterech kątów. Na swojej drodze spotykają uciekiniera z więzienia (Josh Brolin), który wymusi na kobiecie schronienie się w jej domu. Lęk o dobro syna dodaje matce odwagi i rozsądku. W tym momencie byłam już dziko zainteresowana tą historią, a potem otwierałam już tylko usta ze zdumienia podczas kolejnych scenariuszowych sztuczek.

Joyce Maynard jest autorką powieści, na której podstawie nakręcono film. Historię świetnie obudowano ujęciami tonącymi w słońcu (za zdjęcia odpowiada stale współpracujący z reżyserem Eric Steelberg) i klimatyczną muzyką Rolfe Kenta, która raz perfekcyjnie zagęszcza atmosferę, by potem pozwolić odetchnąć podczas bardziej nostalgicznych momentów. Z czasem do fabuły dołączają migawki z przeszłości bohaterów, które tłumaczą, dlaczego znaleźli się w tak nieciekawym położeniu. Zaskakująca była dla mnie rola Kate Winslet. Prawdopodobnie pierwszy raz widziałam jej bohaterkę tak nieporadną i zdezorientowaną. Zazwyczaj wojownicza z tym zawziętym grymasem na twarzy ("Rzeź", "Mildred Pierce") tu zdaje się stale potrzebować suflera. To ciekawe doświadczenie, a jeszcze większym plusem jest naturalność gry obsady w kłopotliwym scenariuszowym położeniu.

photo.title

Tytuł recenzji stanie się zrozumiały po obejrzeniu filmu, ale był dla mnie pierwszym momentem, kiedy zadziała się magia - uśmiech rozjaśnił mroki odosobnienia, łącząc samotnych bohaterów, a bliskość wyzwoliła szczęście, które mimowolnie zaczęło krążyć wokół, ignorując dramatyczne okoliczności. Szczerze, magia kina.

To czuły film, przed którego seansem za dużo powiedzieć nie można, bo esencja pojawia się dużo sprawniej, niż można by się spodziewać. Zazwyczaj lżejszy nastrojowo Reitman nakręcił sentymentalny dojrzały obraz, w którym czasu starcza na wszystko, a gesty i małe radości bohaterów angażują nas emocjonalnie. Scena z ciastem brzoskwiniowym zagrzeje sobie miejsce wśród moich faworytek. Mierzi gnająca końcówka, gdzie tak jak w "Złodziejce książek" dostajemy ciężką do przełknięcia pigułkę skompresowanych dalszych losów postaci. Brakowało mi wtedy tych kilku minut balsamu dla duszy. Wypuszczany samopas poza trójkąt z Winslet i Brolinem Griffith mnoży niepotrzebne sceny, ale i jego zagubienie reżyser sprawnie ratuje. Specyfika spojrzenia na temat przez reżysera, dla którego emocje bohaterów są ważniejsze niż akcja, podzieli widownię, ale ja rozmarzona ciepło wspominam krzepiący "Labor Day", który pozwala wierzyć, że nawet dramaty można zamienić na spełnienie marzeń.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (166 głosów).