Recenzja filmu

Batman - Początek (2005)
Christopher Nolan
Christian Bale
Michael Caine

Batman Reaktywacja

Po upadku Nietoperza, jaki zgotował mu Joel Schumacher, byłem już doszczętnie przekonany, że seria na stałe zeszła na ciemną stronę mocy. Jednakże po 8 latach seria przeżywa kolejną młodość. Temu ...
Po upadku Nietoperza, jaki zgotował mu Joel Schumacher, byłem już doszczętnie przekonany, że seria na stałe zeszła na ciemną stronę mocy. Jednakże po 8 latach seria przeżywa kolejną młodość. Temu trudnemu wyzwaniu sprostał tylko jeden człowiek - pan Christopher Nolan. Jeszcze przed premierą miałem cichą nadzieję, że reżyser choć w małym stopniu pokaże historię, jaką znamy choćby z pierwszych dwóch części. I myliłem się... Przebił je pod każdym względem. Co prawda nie można mieć żadnych wątpliwości co do wielkości dzieł Burtona (zwłaszcza ten gotycki klimat), jednakże Nolan popchnął serię o co najmniej jeden krok dalej, przekazując nam jedną z największych perełek 2005 roku.

Jako że w poprzednich częściach akcja skupiała się zazwyczaj na głównych złych bohaterach granych przez Nicholsona, DeVito, Carrey'a i Lee Jonesa, teraz Nolan skupia uwagę między innymi na ewolucji Bruce'a Wayne'a od wczesnych lat dzieciństwa aż do jego przeznaczenia. I dobrze. A czemu? Bo po raz pierwszy możemy przyjrzeć się dokładnie, jak intensywnie przebiegał rozwój naszego bohatera, zarówno ten psychiczny, jak i fizyczny. Jak z rozpieszczonego "playboya" mógł stać się mścicielem wykorzystującym strach przeciwko tym, którzy go sieją. Dramatyczne przeżycia Bruce'a związane ze śmiercią rodziców już nie zostały przekazane jako migawki ze wspomnień, jak to przedstawiali Burton i Schumacher, ale stanowią funkcjonalną i nieodłączną część całego filmu. Od tego się właśnie zaczęło.

Inna sprawa to częste przeinaczanie faktów w poprzednich częściach. Na początek skupię się na śmierci państwa Wayne. Jakiż był kłopot, kiedy to w "Batmanie" dowiadujemy się, że giną z ręki Jokera, a innym razem za sprawą Two-Face'a. Tym bardziej dziwi mnie ten drugi fakt, ponieważ Two-Face przed wypadkiem (notabene spowodowanego przez Falcone'a - odnoszę się w tym wypadku do tomów z serii "Batman: Long Halloween") był wziętym prawnikiem Harveyem Dentem i nie był wiele starszy od Bruce'a (możemy się przekonać czytając "Batman: Year One"), a nawet był podejrzewany przez Gordona o paradowanie w pelerynce. Na szczęście Nolan wprowadza już na początku sprostowanie, iż mordercą Marthy i Thomasa Wayne był Joe Chill, co jest zgodne historią serii. Dodatkowo przeplata się wątek Falcone'a, choć pomimo nieścisłości związanych z powiązaniem ze Scarecrowem stanowi integralną całość. W końcu nie można mieć wszystkiego.

Po tych kilku zabiegach mamy gotowy produkt wysokiej jakości. Mamy Batmana z całą plejadą gwiazd, od Chrisitana Bale'a zaczynając, poprzez Gary'ego Oldmana i Morgana Freemana, na Michaelu Caine skończywszy. Oczywiście występuje wiele innych gwiazd dużego formatu, jednak ani te, ani wymienione nie przyćmiewają głównej postaci, jaką jest Bale. O tak, wybór Bale'a to strzał w dziesiątkę. Trzeba też przyznać, że aktor ostro zabrał się do roboty po "Mechaniku" i w efekcie dostaliśmy Bale'a kilkadziesiąt kilo cięższego, mocniejszego oraz z umiejętnościami walki. Tak, właśnie walki...

Do końca nie jestem pewien, czy to przez system walk, jaki wybrano (a była nim Krav-maga), czy też pracę operatora, jednak nie zmienia to faktu, że podczas pojedynków praktycznie nic nie widać. To właściwie jedyna wada filmu i na całe szczęście rzadko występująca. Najważniejsze momenty zostały sfilmowane tak, by pozostawić niezatarte wrażenie, jak choćby przepiękna scena na zamarzniętym jeziorze czy też moment pościgu. Wszystko zapięte na ostatni guzik i nie mamy wątpliwości, na co poszło grubo ponad 100 mln zielonych.

Warto też wspomnieć o ekwipunku Nietoperza. Wszystkie gadżety, jakie widzimy w filmie, z kostiumem i Batmobilem włącznie, są przystosowane do funkcjonowania w rzeczywistości. To pewnie mały ukłon w stronę widza i zarazem otwarcie drzwi dla rzeczywistości do kina - ot, taki mały kamień milowy. Bo w końcu kto by nie chciał jeździć 160km/h i skakać po dachach, prawda?

Wszystko, co widać na ekranie, robi ogromne wrażenie. W grze aktorów szczególną uwagę należy zwrócić na Liama Neesona, który przyzwyczaił nas do ról good-guyów, a tymczasem mamy obraz nauczyciela (jak np. w "Star Wars"), tyle że od tej ciemnej strony. I dobrze - Nesson pokazuje, że jest aktorem wszechstronnym, a nabyte wcześniej umiejętności szermiercze cały czas są przydatne.

Na koniec szczególną uwagę zwrócić trzeba na zdjęcia. Nie wiem, dlaczego Akademia nie doceniła wysiłku pana Pfistera, a było co nagradzać. Scena z nietoperzami w pieczarze czy też wszystkie mordercze treningi Wayne'a aż wgniatały w fotel! Wszystko na dodatek przepięknie połączone z muzyką Jamesa Newtona Howarda, oryginalnie, dynamicznie i mrocznie. Nie mamy jednego głównego motywu przewijającego się w kółko, o nie. Do dyspozycji mamy całą gamę utworów, z czego główną uwagę należy zwrócić na "Molossus" ze sceny pościgu. Kto oglądał, wie, o czym mówię.

Koniec końców otrzymaliśmy najlepszego Batmana z całej serii i jedną z najlepszych komiksowych adaptacji w historii kina. Nolan i Bale wykonali swoją pracę na 101%. Ostatecznie mamy odejście od kiczowatego stylu, jaki przedstawił nam Schumacher i przejście w zupełnie nową epokę.

"- Nie postawiłeś na mnie krzyżyka. - Nigdy".
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
71% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Udostępnij:
W 1997 r. Joel Schumacher zabił jednego z najlepszych superbohaterów, tworząc film "Batman i Robin", a George Clooney zniszczył postać Bruce'a Wayne'a. W ten sposób ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 84%
Powyższe słowa w tytule kilkakrotnie pojawiają się w najnowszym dziele Christophera Nolana. Wygląda na to, że upadek, jaki zgotował Czarnemu Rycerzowi Joel Schumacher, ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 84%