Recenzja wyd. DVD filmu

Deadheads (2011)
Brett Pierce
Drew T. Pierce

Love story dla zombie, czyli nowoczesna odsłona kina klasy B

Do tej pory nie myślałem, że w gatunku filmów o zombie można wymyślić coś nowego. Co prawda jakiś czas temu "Zombieland" wprowadził nieco świeżości w opowieści o umarlakach, ale poza tym
Do tej pory nie myślałem, że w gatunku filmów o zombie można wymyślić coś nowego. Co prawda jakiś czas temu "Zombieland" wprowadził nieco świeżości w opowieści o umarlakach, ale poza tym powielany był cały czas ten sam schemat, w zasadzie dwa, jeden na poważnie, a drugi dla jaj. Zaczynało się tak samo: jakiś wirus/epidemia/chemikalia/tajny rządowy eksperyment powoduje, że zmarli powstają po śmierci w formie czegoś, co kieruje się jedynie chęcią jedzenia świeżego ludzkiego mięsa, następnie grupa ocalałych usiłuje z nimi walczyć, ewentualnie dotrzeć do jakiegoś bezpiecznego miejsca zabezpieczonego przez wojsko, aby na końcu zwalczyć całą populację zombie lub ponieść śmierć.
 
"Deadheads" jest jednak trochę inny, bo po raz pierwszy mamy do czynienia z myślącymi zombie. Para nieumarłych z tego filmu – Mike i Brent – różnią się od ludzi jedynie tym, że gniją, nie muszą oddychać i odpadają im różne części ciała. Oczywiście, nie są oni jedynymi zombie w filmie, oprócz nich jest całkiem niezłe stadko standardowych pożeraczy mózgów i ludzkich wnętrzności o inteligencji pajęczaka. Jednak główni bohaterowie z jakiegoś powodu zachowali swoje czynności myślowe z czasów, gdy jeszcze żyli. W każdym razie Mike po przebudzeniu dość szybko spotyka Brenta i po rozeznaniu w całej sytuacji obaj są zmuszeni do zakolegowania się. Wspólnie postanawiają dokończyć pewną sprawę Mike'a z czasów liceum. Świeży zombiak chce dać swojej dziewczynie pierścionek zaręczynowy i powiedzieć, jak bardzo ją kocha, a raczej kochał, czy coś takiego.

Jak na kino klasy B przystało, twórcy nie dysponowali zbyt dużymi funduszami na realizację. Nie wiem, czym ich film miał być w zamyśle, ale efekt jest taki, że wyszła im komedia. Horroru jest tu naprawdę niewiele, scen gore jak na lekarstwo, jest za to nieco komedii romantycznej, kina przygodowego i kina drogi. Połączenie dość nietypowe, ale moim zdaniem udane. Dodatkowo każdy miłośnik filmów o zombie, który widział najlepsze tego typu produkcje z lat 70.,80. i 90., znajdzie czasem ewidentne, a czasem bardzo subtelne odwołania i parodie tych produkcji.

Podczas oglądania tego filmu nie należy się zbytnio zastanawiać, bo logiki w nim znaleźć nie można - jest chaotyczny i ma zaburzoną chronologię, ale może to był celowy zabieg. Jednak akcja i fabuła mknie dość szybko, i to w dość nieprzewidywalnym kierunku, więc szybko przestaje się zastanawiać, dlaczego zombie nie musi oddychać, ale musi sikać, bo uwagę zwracają kolejne niedociągnięcia.

Mimo wszystko "Deadheads" to 90 minut świetnej i niezobowiązującej zabawy. Co prawda nie ma momentów, dużej ilości krwi, ale zdecydowanie polecam taką lekką i nieco zwariowaną historyjkę na zabicie czasu w gronie bliskiej osoby, bo samemu ogląda się go dość dziwnie. 
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Deadheads
"Deadheads" to film nisko budżetowy, co zawsze niesie ze sobą pewne konsekwencje. Jest to zwariowana... czytaj więcej