W masowo tworzonych rankingach, skupiających najważniejsze filmy dla kina, brakuje pozycji, która swego czasu mocno to kino zmieniła. Stara i zapomniana już "Emmanuelle". Wybór nie tak
W masowo tworzonych rankingach, skupiających najważniejsze filmy dla kina, brakuje pozycji, która swego czasu mocno to kino zmieniła. Stara i zapomniana już "Emmanuelle". Wybór nie tak kontrowersyjny, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Film wprowadził nagie ciało, wijące się w rozkoszy udanego seksu do mainstreamowego świata filmowego. Pruderyjność zdjęto wraz z ubraniami bohaterów filmowych. Erotyczna produkcja Justa Jaeckina wpłynęła nie tylko na swój gatunek filmowy, co widać po znacznej liczbie filmów z słowem "Emmanuelle" w tytule, ale także wykreowała postać, która mimo upływu lat i pokrycia się kurzem, nadal jest obecna w popkulturze. Felicity nie boi się swojej znacznie sławniejszej koleżanki. Twórcy filmu zręcznie nawiązują do obrazu z 1974 roku. Widz znający serię, której główną bohaterką jest żona francuskiego dyplomaty, odnajdzie w "Felicity" szereg odwołań do scen z "Emmanuelle". Już samo rozwinięcie fabuły filmowej, czyli podróż młodej dziewczyny do egzotycznego Bangoku nasuwa na myśl równie egzotyczne podróże Emmanuelle, jednak to nie wszystko. Seks w samolocie, obecny także w "Emmanuelle", komentowany jest przez podglądającą Felicity słowami "Tak jak w tym filmie, Emmanuelle". Masaż erotyczny w Bangoku to nawiązanie do podobnej sceny w "Emmanuelle 2". Spostrzegawczym nie umknął też pewno fakt, iż w samolocie Felicity czyta... właśnie "Emmanuelle". Australia stworzyła własną Emmanuelle, lżejszą i bez zbędnej głębi. Felicity jest młodą uczennicą szkoły katolickiej, szukającą własnej seksualności, a w poszukiwaniach tych ochoczo uczestniczy jej koleżanka. Okazja na zupełnie nowe przygody cielesne nadarza się, gdy przychodzi zaproszenie do Bangoku, przysłane przez mieszkającą tam jej siostrę. Niewinna dziewczyna w Oriencie dostaje to, czego tak szukała. Oprócz kochania w sensie fizycznym, pokocha też całkiem zwyczajnie. Wiadomo, młoda dziewczyna szuka wielkiej miłości, a chłopak okazji do skonsumowania tejże miłości. Film Johna D. Lamonda to ciekawa wykładnia filozofii życiowej spotykanej wyłącznie w erotycznych produkcjach. Portretuje bowiem wszystkie niegrzeczne myśli dużych chłopców. Jak szkoła katolicka, to pełna dziewcząt i niewinności, pod którą skrywają się nieśmiałe, lesbijskie eksperymenty. Jest słodko, czysto i niewinnie. Wspólne poznawanie się dorastających dziewcząt. Ważną rolę pełni tutaj voyeuryzm, każdy podgląda każdego i to w chwilach, które uważane są za intymne. Na dodatek podglądane dziewczęta nie uciekają w popłochu, lecz posyłają niewinny uśmieszek do podglądającego. Dla Felicity są to pierwsze przebudzenia seksualne. A okazji do podglądania ma sporo, podglądaną będąc równie często. Orient za to jest symbolem dzikiej i nieokiełznanej cielesności. Dziewczęta nie odmawiają i zawsze są na "tak". Hormony czuje się w powietrzu, seks otacza bohaterów. Brakuje tylko konsumpcji, lecz do czasu. Świat w "Felicity" jest prosty i nieskomplikowany, a zaludniające go postacie papierowe i bez wnętrza. Widoczny jest tutaj schemat - Felicity przemieszcza się z punktu A do punktu B, po drodze prowadząc rozmowy, by na końcu podglądać, bądź brać udział w seksualnej zabawie. Tempo filmu wyraźnie siada, gdy próbuje się pokazać miłość od tej banalnej, romantycznej strony. Sielanka i likier wylewają się wówczas z ekranu litrami. Reżyser szybko jednak dochodzi do wniosku, że wygląda to nieciekawie i powraca na dobrze mu znane tory filmowe. Im bliżej końca, tym więcej kochania się i seksu. W rozmaitych konfiguracjach. Panie jednak wyjątkowo w tym filmie za sobą przepadają. Redukcja momentów romantycznych zachodzi tak daleko, iż widz dostaje nadmiar. Seks w autobusie, poprzez windę, na pokoju kończąc. A to tylko powrót z restauracji nocną porą. Można narzekać, że niewidoczną stała się chemia między bohaterami, ale przyjąć należy, iż to w ramach konwencji filmowej. Nawet na smutek rozwiązaniem jest seks. Po jedynej scenie dramatycznej, w której pojawiają się łzy, przychodzi pora na odrobinę przyjemności. Wiadomo, pani zrozumie panią, stąd też i wspólne otarcie łez. Wszystko kończy się szczęśliwie, kochają się (w sensie dosłownym) długo i pewno szczęśliwie, odchodząc w blasku zachodzącego słońca. A w tle nadużywany motyw muzyczny pod tytułem "Mama's Little Girl", wykonywany przez Lindę George, swego czasu popularną piosenkarkę pop w Australii. Patrząc na "Felicity", trudno odegnać myśl, iż takich filmów już się nie kręci. Dziś żadna z tych aktorek nie znalazłaby się nago przed kamerą. Naturalność ich ciał to dziś wada. Aktorki prezentują tu bowiem swoje naturalne wypukłości, nietknięte przez chirurga. W obecnym kinie erotycznym rzecz nie do pomyślenia. Każda firma producencka, chcąc kręcić film z tego gatunku, wysłałaby aktorki do gabinetu chirurgi plastycznej. A ta naturalność jest dużą zaletą. Na uwagę zasługuje Glory Annen, wcielająca się w Felicity. Jest dziewczęca, ale także pełna kobiecości. To dziewczyna w stylu tych, które spotkasz w sąsiedztwie. Możliwe, że z takimi dziewczętami spotykasz się codziennie, są tylko koleżankami, lecz gdyby dążyć do czegoś więcej... Wielka szkoda, iż Glory nie stałą się gwiazdą i wycofała się później z kina. Z szczątkowych informacji wynika, iż obecnie jest właścicielką jednej z firm w Londynie. Także aktorki, grające role dojrzałych kobiet mają tutaj swoje momenty. Jody Hanson w roli siostry Felicity, oraz Joni Flynn jako egzotyczna przewodniczka po Bangoku nie mają się czego wstydzić, prezentując swoje ciała w erotycznych scenach. O mężczyznach nie warto pisać, są obecni na drugim planie. Nie ma tutaj także potrzeby oceniać gry aktorskiej, bowiem ważnym jest fakt, iż w odpowiednich momentach aktorki przyjmują odpowiednie pozy, a kamera wędruje po ich przyciągających oko ciałach. Film idealny do oglądania w młodym wieku, będąc chłopcem, by wrócić do niego po latach. Miłe wspomnienia powrócą. Ot, inicjacja z kinem erotycznym. Bo "Felicity" ma swój urok. Urok pokryty co prawda kurzem i patyną, dość mocno trącący dziś naiwnością, lecz nie zaszkodzi przetrzeć go ściereczką. Obejrzeć można, lecz znacznie lepszym rozwiązaniem jest powrót do starej znajomej, cierpliwie czekającej "Emmanuelle".