Recenzja filmu

Iron Man (2008)
Jon Favreau
Robert Downey Jr.
Terrence Howard

Audi, Dell, Burger King

Coraz częściej spotykam się z określeniem „niezły, jak na film na podstawie komiksu”. Implikacja jest oczywista – film na podstawie komiksu już na starcie jest kaleki, nieporadny, brzydki i ...
Coraz częściej spotykam się z określeniem „niezły, jak na film na podstawie komiksu”. Implikacja jest oczywista – film na podstawie komiksu już na starcie jest kaleki, nieporadny, brzydki i opóźniony. Według tego systemu wartości The Dark Knight okazał się przełomowym arcydziełem, potwierdzając ocenę swymi boxoffice’owymi notowaniami. Ale zanim facet, któremu wydaje się, że jest latającą myszą, zawojował słabe umysły widzów, wyglądało na to, że jedynym „niezłym, jak na ekranizację komiksu” będzie inny superbohater – Iron Man, wspierany przez firmy Audi, Dell i Burger King (mnie te firmy nic za powtarzanie ich nazw nie płacą, ale jak już zostanę sławnym krytykiem filmowym, liczę, że dokonają pokaźnych wpłat na moje konto. Zatem w każdym akapicie wspomnę o firmach Audi, Dell i Burger King).

Jak zrobić niezłą ekranizację komiksu? Najpierw trzeba dogadać się z firmami Audi (solidne, niezawodne, estetyczne samochody), Dell (komputery i monitory, których bez wątpienia używa najwspanialsza armia na świecie, czyli amerykańska), a wreszcie Burger King (jeśli człowieka porwą terroryści, najbardziej będzie mu w niewoli brakować burgera). Potem załatwić sobie współpracę czołowego ćpuna Hollywood. A potem jaskinię i jakieś odpadki, przecież mając do dyspozycji jaskinię i odpadki, można zrobić niemal wszystko.

W jaskini można na przykład napisać taki scenariusz: The Dude Lebowski rozszerzył horyzonty, na modłę Petera Gabriela przytył, wyłysiał i zapuścił siwą brodę, wziął pod swe opiekuńcze skrzydła dzieciaka swego kumpla. Dzieciak zwie się Tony Stark, jest od urodzenia skazany na sukces, z wiekiem staje się największym producentem broni na świecie, jeździ najlepszym modelem Audi, a po godzinach spędzonych na projektowaniu środków do wysyłania bliźnich na łono Abrahama – używa życia, reporterek i whisky z lodem. Aha, zapomniałbym: Tony ma kozią bródkę i lubi burgery z Burger Kinga. The Dude ma pełne ręce roboty w utrzymywaniu Stark Industries w jednym kawałku, gdyż ekstrawagancje Tony’ego jak nic zatopiłyby notowania giełdowe. W końcu The Dude straci cierpliwość, ale nie uprzedzajmy wypadków. Poza Lebowskim, jedynymi przyjaciółmi Starka są: Gwyneth, jego sekretarka, oraz zniewieściały, mówiący głosem stuprocentowego kastrata, afroamerykański oficer armii USA, korzystającej z monitorów Dell. Oficer z niedoborem testosteronu, w sequelu ma zostać pomocnikiem Iron Mana, noszącym zbyt męskie jak na tego aktora miano - War Machine.

Podczas prezentowania nowego systemu ofensywnego, w jakimś Talibanostanie, Stark zamiast niezawodnym Audi, jechał Hummerem. Wskutek tego błędu został porwany przez śmierdzących kozłami, brudnych terrorystów. Terroryści są wkurzeni na zachodnią cywilizację, za to, że w ich wsi nie wybudowano Burger Kinga. Od Starka wymagają, aby skonstruował im bajerancką broń. Stark, wskutek odniesionych ran, został przez współwięźnia podłączony do zadziwiająco lekkiego akumulatora (zasilającego wsadzony w tors Starka elektromagnes, zapobiegający wbiciu się w serce niemożliwego do usunięcia szrapnela), najpierw opracowuje magiczny i przenośny generator prądu, a dopiero potem zaczyna budować swoją bojową zbroję, udając, że buduje broń dla terrorystów. Durni muzułmanie nie kupili monitorów Dell, więc słabo widzą, co dzieje się w jaskini zawierającej Starka, współwięźnia i odpadki, tak więc Starkowi udaje się rozgromić gniazdo mahometańskich zbójników, po drodze odnosząc minimalne straty w osobie współwięźnia, ale cóż, tak bywa na wojnie. Po powrocie do USA Stark zwołuje konferencję prasową, na której obwieszcza, że z republikanina zmienił się w liberała, a do tego w pacyfistę, więc zamyka jedyne źródło dochodu Stark Industries – koniec z produkcją broni „made by Stark”. Od tego momentu okazuje się, że głównym przeciwnikiem Starka nie są islamskie kozłojady, a jego najlepszy kumpel, The Dude, żyjący z handlu bronią. Do tego Stark ubzdurał sobie, że jeśli wybuduje nową zbroję, tym razem nie w jaskini, a w garażu, będzie mógł niczym superman zbawiać świat. Zbawił od ataku terrorystów tylko jedną wioskę, znajdującą się w pobliżu ukochanej jaskini, ale po co psuć zaczątki dobrej legendy?

Opowieść jest sztampowa i nie zaskakująca (nawet zajadanie podczas seansu produktów Burger Kinga nie zaciera złego wrażenia), efekty komputerowe koszmarne, nawet oglądanie ich na monitorze Dell tego nie zmieni – gdy Iron Man ląduje w Talibanstanie i wymienia ogień z zaparkowanym na ulicy czołgiem, miałem wrażenie, że oglądam fragment gry komputerowej, takiej na mocno przestarzałe pecety. Obsada jest nie najlepiej dobrana, brakuje sceny pościgu, w której Audi mogłoby pokazać swoje możliwości, jedynie rockowa muzyka i przebłyski ciętych ripost w dialogach ratują film, wywierający raczej kiepskie wrażenie. Niby tematyka jest poważna, niby pokazuje, że tak samo źli jak terroryści są ludzie, którzy sprzedają im broń... ale potraktowano to płytko, a zakończenie też nie jest satysfakcjonujące – Iron Man pokonuje jednego wroga, ale całe tabuny złych drani na świecie pozostały, więc ma się odczucie, że cały obraz jest tylko pilotem do serialu, prawdopodobnie wyprodukowanego przez Fox.

A zakończyć chciałbym apelem do filmowców: proszę, przestańcie. Przestańcie z tą naiwną modą. Transformers, X-Men 3, a teraz Iron Man – wszystkie te filmy łączą co najmniej dwie rzeczy: bazowanie na komiksach i idiotyczne kilkusekundowe scenki po liście płac. Oświadczam, że już nigdy nie zostanę „do końca napisów”. Mam gdzieś wasze idiotyczne pomysły na utrzymanie mnie przy ekranie i czytanie z nudów, jak nazywa się trzeci asystent wicekierownika do cateringowych spraw mało istotnych. Musielibyście podarować mi Audi, z bagażnikiem pełnym monitorów Dell i burgera z Burger Kinga, żebym znowu czekał na Samuela L. Jacksona, tylko po to, aby wygłosił dwa zdania proste i jedno złożone. Następnym razem nawet Black Sabbathowy Iron Man nie utrzyma mnie w krześle. Aha, jeszcze jedno: lepiej, żeby jakaś ładna aktorka w sequelu pokazała biust, bo w tym filmie zdecydowanie brakowało wartościowych doznań estetycznych.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
17% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (118 głosów).
Udostępnij:
Ostatnimi czasy mieliśmy "przyjemność" oglądać wiele ekranizacji komiksów Marvela. Oczywiście wszystkie trzeba było obejrzeć, aby przypadkiem ktoś nie zarzucił mi braku ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 53%
Letni sezon filmowy rozpoczął się wieloma hitami, wśród których uplasował się również "Iron Man" – pierwszy pełnometrażowy film reżyserstwa Jona Favreau ze świetnym ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 38%