Recenzja filmu

Lęk (2009)
Anthony DiBlasi
Jackson Rathbone
Shaun Evans

Nie bój się, to tylko twoja wyobraźnia płata ci figle

Każdy z nas ma w pamięci jakieś chwile z dzieciństwa, które za wszelką cenę i na zawsze pragnąłby wymazać i nigdy do nich nie wracać. Przykrość, poniżenie, ból, rozpacz – mocne, ale tak bliskie ...
Każdy z nas ma w pamięci jakieś chwile z dzieciństwa, które za wszelką cenę i na zawsze pragnąłby wymazać i nigdy do nich nie wracać. Przykrość, poniżenie, ból, rozpacz – mocne, ale tak bliskie sercu ludzkiemu odczucia. Niestety, stanowią one nieodzowny element naszej egzystencji. Wszystkie one stwarzają i potęgują uczucie strachu. Jednak za wszelką cenę nie można pozwolić, aby na wskutek jakiegoś zdarzenia, lęk opanował nam duszę. Jeżeli tak się stanie – nasze życie nigdy nie będzie takie, jak przedtem. Z podobnym scenariuszem dotyczącym właśnie takiego – przełomowego – zdarzenia, spotykamy się w filmie "Dread".

Niektórzy krzyczą na widok pająków, co świetnie zostało pokazane w kultowym utworze Franka Marshalla pt. "Arachnofobia"; inni zdają się umierać ze strachu z powodu nieznajomego współlokatora mieszkającego w pokoju za ścianą, co na przykład ukazał Alejandro Amenábar w jednej ze swoich produkcji. Zdarzają się też tacy, którzy płaczą jak małe dzieci, gdy zostaną sami otoczeni przez ciemność. Wtedy nawet zwykły szelest może przyprawić o obłęd. Na tej metodzie straszenia opiera się jeden z najpopularniejszych horrorów świata – "Blair Witch Project". Zatem, jak się okazuje, nie trzeba dużej inwencji twórczej, ażeby znaleźć coś, co przyprawi nas o szybsze bicie serca i zawroty głowy. Sztuką jest umiejętność pełnego wykorzystania potencjału tkwiącego w pomyśle, a z tym bywają duże problemy. W historii kinematografii wiele dzieł spłonęło w ogniach piekielnych przez nieokrzesanie twórców. Głównie Amerykanie mają talent do partaczenia wszystkiego, co wpadnie im w ręce. Na szczęście "Dread" to produkcja rodem z Wielkiej Brytanii, a jak dobrze wiemy, Brytyjczycy potrafią tworzyć ciekawe widowiska. To właśnie z państwa, w którego sercu leży legendarny Big Ben pochodzą takie perły ostatnich lat, jak ""Zejście", "Wysyp żywych trupów", czy chociażby "Redukcja". Wszystkie one są oryginalne i pozostają na długo w pamięci. Oryginalności nie zabrakło również opisywanemu przeze mnie "Dread", którego reżyserem jest Anthony DiBlasi. Warto zaznaczyć, że wspomniany utwór jest pierwszą produkcją jego autorstwa. Nie oznacza to jednak, że można ją włożyć do szuflady razem z kiczowatymi horrorami klasy B. Bynajmniej. Otóż, już od samego początku widz może mieć pewność, że ma do czynienia z utworem innowacyjnym, choć opierającym się o temat stary jak świat.

Bohaterami filmu jest grupa studentów w okresie egzaminacyjnym. Semestr dobiega końca i muszą przygotować prace związane z kinematografią. Pierwszą osobą, którą lepiej poznajemy jest dość specyficzny – Stephen Grace (Jackson Rathbone). To zwykły, przeciętny człowiek wiodący prosty, nudny żywot. Jego jedyną rozrywką jest uczęszczanie na szkolne zajęcia. Pewnego dnia specyficznie nastawiony do wszystkiego Stephen spotyka Quaida, który prosi go o papierosa. Od samego początku widać, że oboje mają zarówno wiele cech wspólnych, jak i posiadają mnóstwo różnic. Nie stoi to jednak na przeszkodzie zawiązania przyjaźni. Jak się okazuje, oboje za sprawą pewnego zdarzenia mieli bardzo trudne dzieciństwo. Dawne przejścia stanowią podstawę więzi powstałej między nimi, a także, jak okaże się w dalszej części utworu – staną się podstawą jej rozpadu. Nowo poznany znajomy wpada na pomysł stworzenia tzw. "studium strachu", które polegać ma na prowadzeniu rejestrowanych wywiadów z różnymi osobami. Projekt okazuje się strzałem w dziesiątkę. Ze znalezieniem chętnych na współpracę nie ma problemu. Rozmowy dotyczą lęków przeszłości, które zakorzeniły się głęboko w duszach "ankietowanych". Wraz z każdym wywiadem, Stephen coraz mocniej utwierdza się w przekonaniu, że nakręci materiał, który da mu znakomitą ocenę w szkole i przepustkę do dalszej kariery. Jednak kiedy wszystko idzie nadzwyczaj pomyślnie, Quaid zaczyna odsłaniać swoją prawdziwą twarz.

Niewinny, ale jakże ciekawy początek, jest jedynie wstępem do dalszych wydarzeń.
Szczerze powiedziawszy, zasiadając do tej produkcji, oczekiwałem mrocznego horroru z dużą ilością poodcinanych kończyn, złego smaku i wyrafinowanej brutalności. Po opiniach innych osób, sądziłem, że będzie to kolejny slasher z elementami gore, typu wyniesionego na piedestał przez krytykę filmu "Martyrs", czy mało popularnego "Murder-Set-Pieces". Pomyliłem się, i to dość znacznie. W dziele Anthony’ego DiBlasi brak bezsensownej sieczki, a efekty rodem z krwawych splatterów zostały ograniczone do minimum. Akcja przez cały czas biegnie w miarę jednakowym tempie. Dopiero w finałowej części lekko przyspiesza, a budowana od samego początku ciężka atmosfera jeszcze bardziej się zagęszcza.

Trudno orzec, jaki podgatunek horroru można przypisać tej produkcji. Bez wątpienia reżyser wykreował znakomite podłoże psychologiczne realizując tym samym swoistego rodzaju "mastermind movie". Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że twórca chwilami manipuluje odbiorcą. Udało mu się dokonać tego poprzez stworzenie historii, która w zaskakujący sposób oddziałuje na widza. Otóż, każdym, kto choć raz w życiu doświadczył czegoś przerażającego, podczas seansu będą miotały silne emocje. Nie udałoby się to, gdyby nie znakomicie wykreowane postacie. Każdą z nich obdarzono odmiennym charakterem. Chociaż bohaterowie wydają się podobni, są całkiem inni – mają zupełnie różne pragnienia, poglądy, inaczej czują i myślą. Aktorzy znakomicie poradzili sobie z postawionym im, wcale nie łatwym zadaniem. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że to najmocniejszy aspekt tej produkcji. Bo przecież niełatwo jest zagrać w taki sposób, ażeby przekonać odbiorcę, że w jednej chwili jest się szczęśliwym, a zarazem w głębi duszy odczuwa się olbrzymią nienawiść i chęć zemsty. Dlatego też, na największe uznanie i uszanowanie zasługuje odtwórca roli Quaida – Shaun Evans; znany między innymi z produkcji takiej jak "Droga donikąd", czy chociażby uhonorowanego Nagrodą Międzynarodowego Stowarzyszenia Kin Artystycznych filmu "Cashback". Miał on trudny orzech do zgryzienia. Musiał wcielić się w rolę człowieka o prawdziwym wachlarzu uczuciowym. W każdej sytuacji jego twarz przedstawiała co innego. Zachowania i postępki "czarnego charakteru" zostały przedstawione tak, aby podnieść poziom adrenaliny u oglądających. Inni bohaterowie często znajdowali się w sytuacjach bez wyjścia. Nie mogli nic uczynić. Tutaj właśnie pojawia się schemat horroru psychologicznego w najlepszym wydaniu.

Jak byśmy się czuli, gdyby zamknięto nas w pokoju bez mebli i zakluczono drzwi zostawiając samych na pastwę losu, a klucz zawieszono trzy metry nad ziemią? Bezsilność… - stan, który bezapelacyjnie dominuje w "Dread". W wielu sytuacjach pozostaje człowiekowi jedynie czekanie na to, co się zdarzy i nadzieja, że cierpienie skończy się jak najszybciej i nigdy się już nie powtórzy. Jednak los bywa nieubłagany. Strach trwa i ciągle rośnie… Tak właśnie w kilku zdaniach można najlepiej określić spektakl bólu i lęku, jaki zaserwował nam DiBlasi. Po części przypomina to styl "Piły". Nie wiadomo, jak długo wytrzyma ktoś, zanim się złamie. Zapewne nikt z nas nie chciałby się przekonać, jak silna jest jego wytrzymałość. Nie ma na świecie osób, który choć raz nie spanikowałaby w jakiejś sytuacji. Dlatego też, łatwo jest utożsamić się z bohaterami tego filmu. Są momenty, że odbiorca na tyle mocno łączy się z główną postacią, że za wszelką cenę pragnie dla niektórych śmierci. Spotkałem się z opinią, że "Dread" to mocny utwór. Nie dlatego, że ocieka krwią, bo istnieje dużo więcej "czerwonych" braci tego gatunku; ale dlatego, że wyzwala w oglądającym "bestię". Fani takich produkcji powinni być w siódmym niebie.

Zazwyczaj w horrorach reżyser przedstawia brzydotę, z którą zmierzyć się muszą bohaterowie. Tutaj tą brzydotą jest lęk. Bez wątpienia całokształt historii mrozi krew w żyłach i na długo pozostaje w pamięci. Mimo swoich wielu mocnych stron, "Dread" nie jest utworem łatwym i nie jest dla wszystkich. Poprzez akcję, która od początku do końca biegnie na podobnym poziomie, niektórzy mogą odczuwać monotonię i znudzenie. Ponadto, jak już wspomniałem na początku – temat utworu jest znany ludzkości od zarania dziejów. Dlatego też, nie sposób by w 100% był oryginalny. Reżyser rzuca nowe światło na fobie, jednak nie wszyscy zwrócą na to uwagę. Dla niektórych nadal będzie to odgrzewany kotlet z wczorajszego obiadu. Największym błędem całej produkcji, jest lekkomyślność i głupota bohaterów. Ujawnia się ona dwa razy i trudno jej nie dostrzec. Oczywiście można przymrużyć oko i przyjąć, że taki scenariusz mógł mieć miejsce, jednak to lekkie naciągnięcie. Po za tymi paroma "usterkami", które dla niektórych wcale nie muszą stanowić błędów, wszystko inne stoi na przyzwoicie wysokim poziomie.

Prawdziwym rarytasem jest muzyka. Soundtrack składa się z kilku rockowych kawałków o różnej tonacji. Jestem wręcz pewien, że nawet jeżeli ktoś nie słucha alternatywny, to w utworach brytyjskich kapel rozsmakuje się lub chociaż uczciwie stwierdzi, że zostały one idealnie dobrane do tego, co widzimy na ekranie.

Na koniec, powrócę do pierwszych minut filmu. Otóż, ciekawym zabiegiem reżyserskim jest rozpoczęcie produkcji dialogiem, a następnie wtłoczenie retrospekcji. Zagorzali fani gatunku od razu zauważą podobieństwo do "Haute Tension". W "Bladym strachu" była nadzwyczaj podobna scena i można wywnioskować, że twórca "Dread" w swoim dziele chciał oddać hołd Alexandrowi Aja, wyraźnie czerpiąc inspirację z jego obrazu, który nie ukrywając – jest kamieniem milowym w historii kina grozy.

- Może nie wyrażam się dość jasno.
Być może muszę być z wami szczery i powiedzieć, czego chcę.
- Czego chcesz?
- Chcę, żebyście otworzyli przede mną swoje dusze.

Oglądający nie przywiązuje zbyt dużej uwagi do początkowej rozmowy. Zbyt dużej uwagi nie przywiązałem także ja. Teraz wiem, że popełniłem duży błąd. Warto zapamiętać początkowe słowa. Wiele osób nie dostrzega tego, ale w tym obrazie, prawie każde zdanie ma tzw. "drugie dno". Widzowi niekiedy wydaje się, że dostrzegł wszystko, co tylko mógł i twierdzi, że film go rozczarował. Często, dobrze jest po seansie, przeanalizować dokładnie każdą scenę, a być może znajdzie się coś, co się przeoczyło. Każdy może się potknąć, bowiem jesteśmy tylko ludźmi. Każdego z nas gdzieś głęboko w duszy przepełnia strach. Musimy nauczyć się wstawać, inaczej możemy zostać zadeptani.

Pamiętając tych kilka rzeczy i podchodząc z pozytywnym nastawieniem do "Dread", nie oczekując hektolitrów krwi oraz szybkiej i wartkiej akcji przepełnionej efektami specjalnymi, powinniśmy być zadowoleni z seansu i nie czuć rozczarowania. Bez wątpienia jest to film, który powinni obejrzeć wszyscy szanujący się miłośnicy gatunku. Reżyser odsłonił przed nami swój kunszt i udowodnił, że potrafi nakręcić mistrzowski horror ze wszystkimi najważniejszymi elementami. Pozostaje nam jedynie czekać na jego kolejne dzieło.
1 10
Moja ocena:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
81% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (27 głosów).
Udostępnij: