Recenzja filmu Letnie popołudnie (2019)
Youssef Ouarrak

Mastershotem po bandzie

Atmosfera krzywdy i wzajemnych pretensji stopniowo gęstnieje, mimo że brak tolerancji przyjmuje w filmie formy subtelne, kulturalne, raczej odległe od typowej agresywnej homofobii. Stoi za nimi, ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
"Jedno popołudnie, jedno życie, jedno ujęcie". Dodałbym do tego jeden stół – ten rodzinny, generujący najwięcej emocjonalnych tarć i konfliktów. I jedną dzielnicę – warszawską Pragę, rejon chyba najczęściej obsadzany w roli stereotypowej "złej okolicy". To wszystko wpisane w figurę koła – 25-letnia Laura wstaje rano, wychodzi z domu, spotyka się z rodziną, wraca do domu – i nakręcone w półtoragodzinnym mastershocie, lekko przyciętym i skróconym dla, podobno, lepszego efektu. Z improwizowanym dialogami, niewielkim budżetem i w reżyserii debiutanta Youssefa Ouarraka. Jeśli macie wrażenie, że ktoś tu skoczył na głęboką wodę bez żadnej asekuracji, to tak – ambicje ekipy zdecydowanie przerosły jej możliwości.


Wspominam o tym nie po to, żeby się powyzłośliwiać, wręcz przeciwnie – sam pomysł budzi mój nieskrywany entuzjazm. "Letnie popołudnie" to film o kobieco-kobiecej miłości, który usiłuje przełamać artystowskie i eskapistyczne schematy "kina lesbijskiego" (widoczne choćby w "Ninie" Olgi Chajdas) i wejść głębiej w sferę codzienności, życiowego konkretu, realizmu definiowanego jako podążanie krok w krok za bohaterką, podglądanie intymności bez lęku o komfort widza. Znajdziemy tutaj sporo zwyczajności przełamanej niepokojem. I tak Laura jest w związku z Aliną, ale już na własne przyjęcie urodzinowe, wyprawiane przez jej matkę, idzie sama (pierwszy sygnał napięcia). Impreza zaczyna się na cmentarzu – złowrogi omen – gdzie przy grobie ojca bohaterka zdmuchuje świeczki z tortu oraz wysłuchuje grupowego "Sto lat" (drugi sygnał). Rodzinny obiad niby mieści się w standardzie – jest odpowiednio drętwo, niezręcznie i insajdersko – tyle że każda wzmianka o dziewczynie Laury wywołuje dziwaczne, na poły alergiczne reakcje matki (trzeci sygnał). 

Atmosfera krzywdy i wzajemnych pretensji stopniowo gęstnieje, mimo że brak tolerancji przyjmuje w filmie formy subtelne, kulturalne, raczej odległe od typowej agresywnej homofobii. Stoi za nimi, tak to przynajmniej widzę, pragnienie zrozumienia i oswojenia, które jest nieustannie torpedowane przez katolicko-mieszczańską wizję moralność i wyobrażenie o "prawidłowym" funkcjonowaniu "normalnej rodziny". Byłoby to wszystko jeśli nie oryginalne, to przynajmniej obiecujące na poziomie filmowej publicystyki. Byłoby, bo "Letnie popołudnie" ostatecznie grzęźnie we wszechobecnej prowizorce wykonawczej. Środki, które prawdopodobnie miały dać efekt paradokumentalnej "naturalności", przyniosły coś zupełnie odwrotnego – jakieś trudne do opowiedzenia poczucie wrzucenia w sam środek chaotycznego i niedopracowanego planu filmowego, gdzie nic nie klei się z niczym.


Pierwszy przykład z brzegu – (rzekomo) improwizowane dialogi teoretycznie brzmią w porządku, tak się w końcu gada "w realu", z przystankami, niechlujnie, często o niczym, grzęznąc w kolejnych small-talkach jak w brejowatej i niesmacznej zupie. Szkopuł w tym, że słychać tutaj jakąś wybitnie fałszywą nutę, coś bez ustanku nawala i żenuje, a tym czymś jest absolutne niedopasowanie języków, gestów i emocji bohaterów w sytuacji typowego spędu rodzinnego. Ani przez chwilę nie byłem w stanie uwierzyć, że oto mam przed sobą prawdziwą rodzinę, a nie zupełnie przypadkowe zbiegowisko aktorów. Czy ludzi w takim stopniu odciętych od siebie nawzajem emocjonalnie mogą w ogóle łączyć jakieś wspólne historie, wspomnienia, traumy czy sekrety? W innych filmach "stołowych" – choćby w "Cichej nocy" czy "Sieranevadzie" – iluzja "rodzinności" pracowała zazwyczaj bez zarzutu, a już na pewno na rzecz większego urealnienia obrazu. W "Letnim popołudniu" wrażenie sztuczności jest natomiast dojmujące, jak gdyby był to świat zaimprowizowany w pięć minut przez grupkę przypadkowo dobranych przechodniów. Grająca matkę Laury Anna Moskal gada do ściany i dlatego też ściana – w postaci Marii Pawłowskiej czy Olgi Miłaszewskiej – cały czas jej odpowiada. Między filmowymi figurkami nie udało się wytworzyć praktycznie żadnych wiarygodnych połączeń. 

Na korzyść tego małego obrazu nie działa także jego rozbuchanie gatunkowe i artystyczne. Gdyby sam dramat rodzinny w mastershocie nie był wystarczająco ambitnym wyzwaniem realizacyjnym, na dokładkę dostajemy jeszcze niby-lynchowską tajemnicę, nierozwiązaną zagadkę kryminalną oraz sugestię, że w istocie cała ta zabawa w podglądanie układa się w metaforę polskiej homofobii. Całkiem sporo jak na 78 minut szybkiej jazdy z kamerą. Powiedziałbym nawet, że jest to ciężar nie do udźwignięcia dla takiego formatu i dla debiutującego reżysera. Zamiast traktatu o nietolerancji Ouarrakowi wyszło coś na kształt przydługiej relacji z Instagrama – są tu przytulasy i śniadanka, rodzinne uśmieszki i niesnaski, jest nawet jazda Uberem i wizyta w monopolowym. Nie ma za to filmu, z którego dałoby się czerpać przyjemność poznawczą czy emocjonalną. Temat kobieco-kobiecej miłości w polskim kinie od dawna czeka na poważne potraktowanie i solidne wykonanie. I jakimś cudem doczekać się nie może. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 55% uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)