Recenzja filmu

Listonosz Pat i wielki świat (2014)
Mike Disa
Małgorzata Boratyńska
Jacek Kopczyński
Waldemar Barwiński

Sytuacja Patowa

Nudy nie ma. Pytanie tylko, czy to ciągle ten sam Pat, którego znamy z telewizji? Główny konflikt niby problematyzuje tę kwestię: czy bohater pozostanie sobą wbrew zakusom metropolii i świata ...
Listonosz Pat co tydzień o 19:00 dostarczał nam dowodów na to, że w stereotypie o brytyjskiej flegmatyczności tkwi ziarno prawdy. Jego serialowe przygody były utrzymanymi w letniej temperaturze opowiastkami o życiu codziennym, w których za intrygę służyło – olaboga! – wejście jakiegoś kota na drzewo czy inna tego typu "katastrofa". "Slow cinema" dla najmłodszych? Oczywiście: "Listonosz Pat" szlachetnie realizował misję, ucząc małoletnich widzów szacunku dla innych i przysposabiając ich do życia w społeczeństwie. Animacja zresztą spełniała doskonale nie tylko swoją edukacyjną, ale i… usypiającą funkcję. W końcu w polskiej telewizji emitowano ją w ramach – jakże trafnie w tym przypadku nazywanej – "Dobranocki". Kinowa wersja przygód Pata jednak nieco odbiega od stylistyki serialowego pierwowzoru.



Po pierwsze: w odstawkę poszły stare, dobre kukiełki. Wszechobecne "si-dżi-aj" dotarło nawet na prowincję, gdzie mieszka nasz znajomy listonosz. Ale szoku stylistycznego nie ma, cyfrowe modele mieszkańców Zielonej Doliny wzorowane były na analogowych oryginałach: Pat ma wciąż kulfoniasty nos i rozwozi listy swoim kwadratowym samochodem. Komputerowy lifting to jednak nie jedyny znak interwencji tytułowego Wielkiego Świata w perypetie dzielnego pracownika poczty.

Zagrożenie dla małomiasteczkowej idylli przychodzi bowiem – oczywiście – z zewnątrz. Lokalny urząd pocztowy pada ofiarą korporacyjnych dyrektyw optymalizacji, technicyzacji i dehumanizacji. Czynnik ludzki ma zostać wyeliminowany, zastąpiony przez niezawodne maszyny. (Wątek z Patem-robotem zresztą dość niefortunnie przypomina o innym słynnym animowanym brytyjskim ludzko-zwierzęcy duecie. Ale Wallace i Gromit – bo o nich mowa – pozostają jednak o parę klas wyżej.) Widmo masowych zwolnień zaczyna krążyć nad Zieloną Doliną i nie zanosi się na wyczekiwaną przez naszego listonosza premię. A ten już obiecał żonie wycieczkę do Rzymu. Na szczęście jesteśmy w Wielkiej Brytanii, ziemi ojczystej rozmaitych talent show. Jedną z nagród w prowadzonym przez Simono-Cowellowo-podobnego Kubę Powiatowego (tak nazywa się on w polskim tłumaczeniu) jest bilet do Włoch, zatem Pat niespodziewanie odkrywa w sobie całkiem znośny "de wojs", a może nawet i "eks faktor". 



Fabularnych turbulencji mamy więc tyle, że starczyłoby ich na pięć sezonów serialu o Pacie. Nudy nie ma. Pytanie tylko, czy to ciągle ten sam Pat, którego znamy z telewizji? Główny konflikt niby problematyzuje tę kwestię: czy bohater pozostanie sobą wbrew zakusom metropolii i świata mediów? Nie będzie zbyt dużym spoilerem, jeśli zdradzę, że sobie poradzi. Ale sam fakt posiadania przez niego niezwykłego talentu wydaje się nie tyle nawet "ałt-of-karakter", co po prostu "deus-ex-machina". Podobnych niefortunnych skrótów myślowych dostajemy zresztą więcej. Fajnie, że przygody Pata mają walor wychowawczy. Ale to "wychowanie do życia w rodzinie" jest dość konserwatywne. Pat kocha swoją żonę, ona kocha jego, szanują się nawzajem i wspierają. Wszystko ładnie, ale zgadnijcie, kto nieustannie ślęczy w kuchni i nagabuje o potrzebie romantycznej wycieczki? Nie, nie mam na myśli kota.

Ale skoro o kocie mowa. "Listonosz Pat i wielki świat" to jednak opowieść dla najmłodszych i im film powinien sprawić frajdę – a już miauczący futrzak imieniem Jess zwłaszcza. Kot dostarcza niezliczonych slapstickowych ewolucji, które wywołują na sali kinowej salwy dziecięcego rechotu (sam słyszałem). Znajdzie się co prawda i parę smaczków dla rodziców (Pat czytający… "Listonosz dzwoni zawsze dwa razy" czy nawiązanie do… "Szybciej, koteczku! Zabij, zabij!"), ale to generalnie suchary – na dodatek zazwyczaj wystarczy mrugnąć, by je przegapić. Wychodzi więc sytuacja zaiste, hmm, patowa. Dorośli przeżyją seans bez bólu, milusińscy powinni być zadowoleni. Pat – czyli remis. Remis – czyli ofiar brak. Ale szału również.
1 10
Moja ocena:
4
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
90% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).
Udostępnij: