Recenzja filmu

Obrazy bez autora (2018)
Florian Henckel von Donnersmarck
Tom Schilling
Sebastian Koch

Stare grzechy mają długie cienie

Von Donnersmarck ma problem z utrzymaniem narracji w ryzach. Dwa kluczowe wątki filmu co rusz potykają się o siebie, zamiast współbrzmieć; postacie pojawiają się i znikają w zależności od ...
Nic nie może przecież wiecznie trwać. Nowy utwór laureata Oscara Floriana Henckela von Donnersmarcka zakończył złotą serię znakomitych, dobrych lub przynajmniej intrygujących filmów w tegorocznym konkursie głównym Wenecji. "Werk ohne Autor" ambicje ma równie rozbuchane co metraż. Próbuje być jednocześnie opowieścią o losie artysty w świecie rozdartym przez ideologie i refleksją nad pokoleniem Niemców uwikłanych w nazizm. W obu przypadkach daje jednak widzom znacznie mniej niż obiecuje.

Akcja filmu rozpoczyna się tuż przed wybuchem II wojny światowej. W muzeum w Dreźnie mały Kurt Barnert wraz z ciocią Elisabeth słucha wykładu na temat sztuki awangardowej, którą rządzący krajem narodowi nacjonaliści uważają za wynaturzoną. Nazistom przeszkadzają nie tylko dadaizm i kubizm. Dążąc do stworzenia idealnego aryjskiego społeczeństwa, eliminują z niego jednostki ich zdaniem wybrakowane: niepełnosprawnych, upośledzonych i chorych psychicznie. Czystka nie omija, niestety, domu Barnertów – nadwrażliwa, cierpiąca na zaburzenia emocjonalne Elizabeth zostaje skierowana na przymusową hospitalizację. Na moment przed tym, jak sanitariusze siłą zapakują ją do ambulansu, dziewczyna prosi siostrzeńca, by "nigdy nie odwracał wzroku". Mijają lata, wojenny ogień dogasa. Dorosły Kurt zaczyna studia na akademii sztuk pięknych. Wkrótce zakochuje się z wzajemnością w pięknej Ellie. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że ojciec dziewczyny, szanowany ginekolog, skrywa mroczną tajemnicę mającą związek z tragedią, która w przeszłości spotkała rodzinę chłopaka.

Trwający ponad trzy godziny, rozgrywający się na przestrzeni ćwierć wieku film pomyślany jest jako epicka i kameralna jednocześnie historia inicjacyjna. Wysoki budżet widać zarówno w obrazach wojennej zawieruchy, jak i w efektach pracy scenografów, którym udało się oddać na ekranie schizofreniczną rzeczywistość podzielonych żelazną kurtyną Niemiec lat 60. Za efektowną oprawą kryje się jednak niepotrzebnie rozwleczona i mało przekonująca fabuła po brzegi wypełniona wzniosłymi sentencjami w stylu: Wszystko, co prawdziwe, jest piękne albo Osoba, która ratuje jedno życie, ratuje cały świat, albo Nie głosujcie na partię, głosujcie na sztukę.

Reżyser porusza w "Werk ohne Autor" kilka pozornie ciekawych paradoksów. Pokazuje m.in., jak szukający sposobu na wyrażenie siebie Kurt staje się zakładnikiem kolejnych systemów politycznych. Żyjąc w NRD, zmuszony jest malować obrazy w zgodzie z socrealistyczną doktryną. Kapitalistyczny RFN, choć można w nim obejrzeć "Psychozę" Hitchcocka, także nie jest oazą wolności – aby zarobić na czynsz, bohater może malować na zamówienie portrety i landszafty albo próbować swoich sił w sztuce nowoczesnej, która zdaje się mieć więcej wspólnego z hucpą aniżeli prawdziwym artyzmem. Jak tworzyć w zgodzie ze sobą, zdobyć rozgłos i zgarnąć przy okazji trochę grosza – oto jest pytanie. Reżyser udziela na nie, niestety, odpowiedzi. Scena, w której Kurt w trakcie napadu twórczego szału doznaje niemal metafizycznego objawienia, wygląda jak parodia kina Krzysztofa Kieślowskiego.

Von Donnersmarck ma problem z utrzymaniem narracji w ryzach. Dwa kluczowe wątki filmu co rusz potykają się o siebie, zamiast współbrzmieć; postacie pojawiają się i znikają w zależności od nastroju scenarzysty, trudno także wywnioskować, jaka jest przewodnia myśl całego przedsięwzięcia. Prawda boli, ale wydaje się lepsza niż życie w kłamstwie? Ludzkie życiorysy są znacznie bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać z podręczników historii? "Werk ohne Autor" nie pomaga również to, że główny bohater grany przez Toma Schillinga  (wyglądającego swojego drogą jak młodszy brat Jamesa McAvoya) wyprany jest z jakiejkolwiek charyzmy i osobowości. Z kolei jego ekranowy adwersarz (Sebastian Koch) narysowany jest tak grubą krechą, że brakuje mu tylko rogów i czarciego ogona. Ostatecznie ma się wrażenie, że reżyser próbuje strzelić do widza z armaty, ale zamiast huku słychać  tylko piśnięcie. 
1 10
Moja ocena:
4
Łukasz Muszyński
Zastępca redaktora naczelnego Filmwebu. Stały współpracownik radiowej Czwórki. O kinie opowiada regularnie także w TVN, TVN24, Polsacie i Polsacie News. Autor oraz współgospodarz cyklu "Movie się",... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
36% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (76 głosów).
Udostępnij: