Recenzja filmu

Ostatni Komers (2020)
Dawid Nickel
Mikołaj Matczak
Michał Sitnicki

Z czułością

Spojrzenie Nickela jest empatyczne, ale jednocześnie przenikliwe. Zaglądając w serca młodych bohaterów, wchodzi przy okazji do ich domów, rozpoznaje rodzinne problemy, które rzutują na ich ...
Z czułością
Twórcy "Ostatniego komersu" reklamują go jako pierwszy film o pokoleniu Z – czyli zoomerach. To osoby, które urodziły się i dorastały w cyfrowym świecie. Z definicji są przedsiębiorcze, otwarte, tolerancyjne i bezpośrednie. Dawid Nickel – reżyser filmu – najwyraźniej jest jednak słaby z socjologii, bo jego bohaterowie są zupełnie inni. Ale przez to jakby bardziej podobni do młodzieży, którą można zobaczyć na ławeczkach polskich blokowisk. 

Pierwsze co da się zauważyć w "Ostatnim komersie", to to, że debiutujący reżyser ma dla filmowych postaci wiele sympatii, wyrozumiałości i zrozumienia. Spogląda na nich z czułością, ale nigdy z wyższością. Pewnie z łatwością by się z nimi zaprzyjaźnił, paliłby razem z nimi skręty, popijał piwko na osiedlowym basenie i plotkował o rówieśnikach. Bo właśnie na tym spływa czas miejscowym dzieciakom. Akcja rozgrywa się w ostatnich dniach roku szkolnego, gdy nastolatki czekają na tytułową imprezę kończącą gimnazjum, a słońce grzeje zbyt mocno, by iść na lekcje. 


Ale "Ostatni komers" wcale nie jest o końcu, lecz o początku – o pierwszych miłościach, zdradach, pocałunkach i rozczarowaniach. O bólu złamanego serca, bez którego nie sposób doświadczyć goryczy wejścia w dorosłość. Właśnie skwapliwie ukrywane pod maską wyczilowanych ziomków uczucia interesują Nickela najbardziej. Dawno nikt w polskim kinie nie opowiadał w taki sposób o nastolatkach. Reżyser bez ironicznego uśmieszku podsłuchuje zakochanych kolegów, niepotrafiących wyznać miłości ukochanym. Nie ocenia dziewczyn, które fantazjują o starszych chłopakach. Nie piętnuje kolesia, który zdradza swoją dziewczynę z seksowną, starszą sąsiadką. Wszyscy bohaterowie żyją w świecie silnych emocji, z którymi nie zawsze potrafią sobie poradzić.

Spojrzenie Nickela jest empatyczne, ale jednocześnie przenikliwe. Zaglądając w serca młodych bohaterów, wchodzi przy okazji do ich domów, rozpoznaje rodzinne problemy, które rzutują na ich zahamowania i zagubienie. Młodzi zostali przedstawieni jako osamotnieni przez dorosłych, porzuceni dla karier i nowych partnerów. Niepełna rodzina jest tu smutną normą, przez co jeszcze trudniej nastolatkom stworzyć pozytywny obraz związku i uczuciowych relacji. Ale, jak wspomniałem, Nickel ma gdzieś socjologię, podobnie zresztą jak psychologię. Nie układa zachowań swoich bohaterów w jakieś wzory, nie szuka schematów, nie wyciąga pochopnych wniosków. I nie tłumaczy nie zawsze trafnych decyzji społecznymi okolicznościami. Jest po prostu sprawiedliwy. 

Dzięki temu skróconemu dystansowi Nickel jest daleki od stereotypów i łatwo przychodzi mu tworzyć obraz nieoczywisty. Ekranowa młodzież jest pełna sprzeczności, od których eksplodowałaby głowa przeciętnemu komentatorowi politycznemu. Nastolatki u Nickela nie widzą niczego dziwnego w tym, że w piątek zaliczają ostrą imprezę z jointami i wódą, w sobotę zabawiają się z nierzadko przypadkowym partnerem, a w niedzielę rano służą do mszy. Po prostu nie myślą o spójności wartości, ideologiach, lewicy czy prawicy, bo za bardzo zajęci są, jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało, życiem – życiem w konkretnych okolicznościach, w których nawet zbuntowanej młodzieży horyzont codzienności określa szkoła, Kościół i nie zawsze pełna rodzina. W tym aksjologicznym chaosie jest więcej logiki i porządku, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.


Na wiarygodność bohaterów zdecydowanie zapracowali też odtwórcy głównych ról na czele z Sandrą Drzymalską, Mikołajem Matczakiem i Michałem Sitnickim. Niektórzy z nich pojawili się na ekranie po raz pierwszy, co nie przeszkodziło im, by wykazać się dużą aktorską dojrzałością. Dzięki niej o najbardziej utajonych uczuciach opowiadali za pomocą reakcji ulotnych: wycofaniem, speszeniem, rezygnacją. 

"Ostatni komers" to także konkretna estetyka, korespondująca ze stylem życia i gustem młodzieży małomiasteczkowego osiedla. Filmowa poetyka ulepiona jest z nie najlepszego hip-hopu, trochę obciachowego techno, ale również świetnych, energetycznych piosenek, które puszczane z przenośnych głośników mieszają się na osiedlowych podwórkach. Róże, fiolety, błękity muskają wyprężone ciała prażących się na basenie dziewcząt i cisnących na siłce chłopaków.

Już choćby w tej pastelowej i delikatnie fluorescencyjnej kolorystyce czuć intymność, empatię i bliskość. Ta czuła narracja wyklucza ocenę, piętnowanie i karzące spojrzenie dojrzalszego i mądrzejszego autora. Jest w tym coś bardzo nietypowego dla polskiego kina, w którym nastolatkowie pojawiają się zazwyczaj jako egzotyczni barbarzyńcy, karceni konserwatywno-moralizującym spojrzeniem za seksualizację, używki i brak szacunku dla autorytetów. Tu każdy może przejrzeć się w oglądanych bohaterach – zobaczyć własne problemy lub siebie z młodości i nowe pokolenie, które popełnia dokładnie te same błędy, co poprzednie.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
88% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Udostępnij: