Recenzja filmu Pan T. (2019)
Marcin Krzyształowicz

Sekslalki, zioło i dobre rymy

Rytm fabuły wyznaczają powtórzenia, każdorazowo ulegające jednak pewnym przesunięciom; i tak na przykład złotówka turlająca się po schodach w efektownej sekwencji Adama Bajerskiego, w wykreowanym ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
  • recenzja kinowa Pan T. (2019)
Towarzysz Bierut o zmęczonej twarzy pali zioło w toalecie, dostawcy lalek dla dorosłych przemykają po pustych ulicach, sąsiad schizofrenik wciąż pyta o opinię na temat tytułu poematu, a za oknem chwieją się rusztowania – stolica odbudowuje się po wojnie. Warszawa AD 1953 to ruiny zabudowań i pozostałości po świetności kraju sprzed apokalipsy, podobnie jak w o trzy lata późniejszym dokumencie Bossaka i Brzozowskiego. W wycyzelowanym, czarno-białym obrazie Marcina Krzyształowicza próżno jednak szukać pesymizmu "czarnej serii" czy hurraoptymizmu propagandy. Do spółki ze współscenarzystą Andrzejem Gołdą, reżyser unurza miasto w sosie surrealizmu i oniryzmu, doprawiając go solidną dawką absurdu.

photo.title

Po azylu barwnych sylwetek członków partii, przemytników i literatów (a pisze tu niemal każdy), snuje się tajemniczy Pan T. (Paweł Wilczak zalicza znakomity come back, daleki od jego emploi), elegancki mężczyzna w średnim wieku o zapadłych policzkach, skrywający cyniczny wzrok za ciemnymi szkłami okularów. Pisarz upadły i zepchnięty na margines za wypięcie się na system, artysta plujący na socrealizm, który rzekomo "pokazuje ludzi takimi, jakimi są – pięknych i szczęśliwych". T. nie zamierza zbierać okruchów z komunistycznego stołu, próbuje po prostu przeczekać. Udziela korepetycji maturzystce-kochance Dagnie (Maria Sobocińska), staje się moralnym i artystycznym wzorem dla początkującego dziennikarza Filaka (zasłużone Złote Lwy za drugi plan Sebastiana Stankiewicza) i krąży wśród kolegów po fachu, w mniejszym lub większym stopniu wdających się w romans z władzą.

Pan T. równa się Leopold Tyrmand? Niby nie, ale plansza z zastrzeżeniem, że film ten nie został oparty na żadnej biografii, paradoksalnie jedynie wzmaga podejrzenia, a uniki twórców w wywiadach i oficjalne przebąkiwania spadkobiercy praw autorskich do "Dziennika 1954" (na wstępnym etapie prac scenariusz Gołdy faktycznie był jego adaptacją) podsycają atmosferę. Fakt, zgadza się tu całkiem sporo (sugestywne "T" na początku nazwiska i wygląd pisarza, intymna relacja z uczennicą, odmowa wydawania jego utworów, przesłuchanie przez szefa SB) i jeszcze więcej się sugeruje (T. przymierza się do napisania książki o "dobrym" tytule). Krzyształowicz stawia jednak raczej na szerszą metaforę pisarza everymana, jednostki uwięzionej w miażdżącym indywidualność ustroju, kreśląc przy okazji portret środowiska artystycznego. 


A lekiem na całe zło rzeczywistości PRL, rozciągającej się od handlu towarem z przemytu w podwórkach po wystawne bale dziennikarzy, gdzie Bieruta oklaskuje się jak na komendę, jest grany w podziemiu reakcyjny jazz (Tyrmand był zresztą jego popularyzatorem w Polsce). Pana T. ratuje też wyobraźnia – jedyny obszar, w którym bezpiecznie może snuć wizje na temat wysadzenia Pałacu Kultury i Nauki, daru przyjaźni od miłościwie panującego Stalina. Jawa zgrabnie przeplata się tu z fikcją, elementy swobodnie wędrują między dwoma porządkami, wskazując na jałowość sztywnych podziałów na subiektywne i obiektywne. Celowe pomieszanie ontologiczne, widoczne już wcześniej w "Obławie" Krzyształowicza, otwiera spore pole do interpretacji; zwłaszcza lalki dla dorosłych wydają się intrygującym, nieoczywistym lejtmotywem.

Rytm fabuły wyznaczają powtórzenia, każdorazowo ulegające jednak pewnym przesunięciom; i tak na przykład złotówka turlająca się po schodach w efektownej sekwencji Adama Bajerskiego, w wykreowanym przez T. świecie zamieni się w symbol wolności. Pan T. próbuje ją zachować poprzez nieuleganie pokusie wiernopoddańczego pisania o wielkich mężach ZSRR, owocującego łatwym sukcesem, wpajanie młodemu pokoleniu wiedzy i wartości, zaszczepianie fascynacji jazzem. Ale to trudne w czasach, w których równie często nachodzi go frustracja, co ubecja, a sztukę udawania opanował już do perfekcji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (83 głosy).
Joanna Krygier
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry