Recenzja filmu

Patrol (2006)
Andrew Davis
Kevin Costner
Ashton Kutcher

Kino widza niedzielnego

Długo zastanawiałem się, jak ugryźć tę recenzję. Dopiero wczoraj udało mi się obejrzeć "Patrol" i dziś od rana starałem się wymyślić powód, dla którego ten film miałby mi się nie podobać. Ale jak ...
Długo zastanawiałem się, jak ugryźć tę recenzję. Dopiero wczoraj udało mi się obejrzeć "Patrol" i dziś od rana starałem się wymyślić powód, dla którego ten film miałby mi się nie podobać. Ale jak to się mówi – najciemniej pod latarnią. Analizowałem zdjęcia, scenariusz, muzykę i wszystko było bez zarzutów (no może prawie wszystko), strawiłem nawet fakt, że wschodząca gwiazdeczka i ulubieniec dużej rzeszy widzów (ale nie mój), młodzieniaszek Kutcher wystąpił w dość nietypowej dla siebie roli. Przygryzę ząbki i puszczę to panu Davisowi płazem, a zarazem nie będę zawiedziony i rozgoryczony, jeśli pan Kutcher wróci do tego, co potrafi robić najlepiej – mianowicie do głupawych amerykańskich komedyjek.

Szczerze przyznam, że oko zamknęło mi się na końcowych dziesięciu minutach i miałem przyjemność zakończenie filmu oglądać dziś rano. Moje pierwsze stwierdzenie – "podobał mi się". Była prawdziwa miłość, wspaniała męska przyjaźń, były silne chłopaki i bohaterowie gotowi na wszystko (oczywiście amerykańscy). Wszystko się bardzo miło i ładnie oglądało.

I tu właśnie nasuwa się pytanie, dlaczego film ten “wchłonąłem”? A to dlatego, że widziałem go już i niejednokrotnie mi się podobał. Oglądam go kilka razy w roku, tyle że w innych wydaniach. Mieliśmy dziesiątki filmów o policjantach, żołnierzach czy pilotach, tym razem padło na przybrzeżny patrol. Ile to już razy widzieliśmy filmy o szkoleniach, ciężkich treningach czy bohaterskich akcjach (oczywiście mowa tu o tych w wykonaniu amerykańskich chłopców).

Teraz pora skupić swą uwagę na reżyserze filmu. Jego dzieła, takie jak “Liberator” czy “Nico”, dają mi raczej niewiele do myślenia, a to dlatego, że nawet gdybym wyłączył sobie mózg, w ciemno mógłbym obstawić, że Kevin w tym filmie wcieli się w rolę “madafaki” i gotowego na wszelkie poświęcenie “wilka morskiego”. No, ale zacznijmy odkrywać pozytywne cechy tego “produktu” Davisa.

Na wyjątkową uwagę zasługują zdjęcia i piękne sceny akcji. Ukazana zostaje prawda, jak ciężka i niebezpieczna jest praca ratownika morskiego oraz trudności z jakimi trzeba się codziennie zmagać. Widzimy, że w chwili zagrożenia własnego życia wychodzi z nas czasem to, co najgorsze lub to, co najlepsze. Zdajemy sobie sprawę, że symptom przetrwania bierze górę nad wszystkim.

Kończąc swoje wywody, chciałbym jeszcze raz przyczepić się do odtwarzanych ról. Kutcherowi wizerunek bohatera pasuje jak przysłowiowej świni, przysłowiowe siodło, siodło tak wyklepane jak oklepana jest rola Costnera – czyli nawróconego pozytywnego bohatera.

Mimo wszystko nie uważam, że czas poświęcony tej pozycji był czasem straconym, wręcz przeciwnie. Myślę, że powinien przypaść do gustu wszystkim tym, którzy potrafią delektować się nawet hamburgerem z osiedlowego “Take Awaya”. Kino przyjemne i lubiane przez mało wymagającego widza (a ja nim jestem).
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
33% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (30 głosów).
Udostępnij:
Ujmując wszystko w kilku słowach, muszę powiedzieć, że jest to marne kino. Widać gołym okiem, że ciekawy scenariusz nie został w pełni wykorzystany przez Andrew Davisa, ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 12%