Recenzja filmu

Przeminęło z wiatrem (1939)
George Cukor
Sam Wood
Vivien Leigh
Clark Gable

Piękna i Bestia

"Przeminęło z wiatrem" to forma, do której dziś nie ma powrotu. W czterogodzinnej epopei sprzed epoki telewizyjnej, patos uderza na poziomie historii, ale również środków narracyjnych. A jednak ...
Roger Ebert, na którego zawsze warto się powoływać, gdyż jest kopalnią krytyczno-filmowych one-linerów, nazwał Scarlett O'Harę duchową siostrą Rózi Nitownicy (wybaczcie puryzm, skoro "Rosie the Riveter" brzmi równie idiotycznie, to już wolę "po polskiemu"). Rózia harowała w zakładach zbrojeniowych, żeby dzielni chłopcy na froncie mogli popalać Marlboro na stosach martwych nazistów. Harowała na plakatach, w filmach i komiksach. Scarlett jest młodsza. Haruje mniej, ale nadrabia miną. Jest rozkapryszona, miota się jak mucha w pajęczynie pragnień, próbuje sięgać po swoje, wyprzedzić epokę, podczas gdy ta ją hamuje. W jej rolę Vivien Leigh wniosła swoje mroczne sekrety. Oddała twarz, ciało i neurozę. Gdy zaczyna się jej sztandarowy spektakl "pragnienie dominacji kontra pragnienie bycia zdominowaną", film wspina się na szczyty. Poniżej trwa nieszczęsna wojna secesyjna, "Stare Południe" tonie w piaskach historii, płonie Atlanta, a czarnoskóra Hattie "Mammy" McDaniel dostaje Oscara za najlepszą rolę drugoplanową.

O ile dylematy Scarlett pozostają dziś aktualne jak zawsze, o tyle gładkowąsy Rhett Butler śmieszy jak nigdy. Kultura popularna tylko pozornie obeszła się z nim łaskawie. Być może dlatego, że w przeciwieństwie do Scarlett, był postacią jaskrawą, skrajnie szowinistyczną, nie rzucał cienia subtelniejszych emocji. Dziś jest symbolem zapomnianego modelu męskości. Został obnażony, wyśmiany, sparodiowany, wdeptany w błoto machoizmu i przede wszystkim – zastąpiony. Przez cynicznych detektywów, buntowników bez powodu, kontestatorów i bitników, przez sentymentalnych twardzieli, autoironicznych błaznów i metroseksualistów. Pomijając gościnny występ w skórze Hana Solo, wiodło mu się coraz gorzej.

Napięcie między bohaterami stanowi o esencji całego gatunku, to ono wyznaczyło też jego  historyczny rozwój. Zapakowane jest w formę, do której dziś – i tu znów Ebert – nie ma powrotu. W czterogodzinnej epopei sprzed epoki telewizyjnej, patos uderza na poziomie historii, ale  również środków narracyjnych. Kadry i sceny, które trzeba zapamiętać: Rhett zbliżający usta do Scarlett; cmentarzysko konfederatów; pożar. Kuferek cytatów z nieśmiertelnym "Frankly my dear, I don't give a damn" na czele (jakiś czas temu "Przekrój" próbował pokrętnie udowodnić, że ta fraza w żadnym wypadku nie znaczy tego, co znaczy). Póki te sceny będą miały swój estetyczny ekwiwalent we współczesności, a słowna "odprawa" Butlera zastosowanie, film Fleminga z wiatrem nie przeminie.
1 10
Moja ocena:
6
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
18% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (330 głosów).
Udostępnij:
Czy jest taki film, o którym możemy powiedzieć wprost: "Klasyk pełną gębą!"? Owszem. Chodzi tu o absolutne arcydzieło liczące sobie już prawie 80 lat (!), a mimo to wciąż ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 97%
Dzieło Victora Fleminga to klasyka, która zapewne nigdy nie przejdzie do lamusa. Historia Scarlett O'Hary, granej przez niezapomnianą brytyjską aktorkę o doskonałej ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 77%