Recenzja filmu Sabotaż (2014)
David Ayer

Trudne powroty

Kino niższej półki, które w normalnych okolicznościach od razu trafiłoby na rynek DVD. Tymczasem dziwnym trafem dostało się na duży ekran z milionami w budżecie oraz mniej lub bardziej znanymi ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja dvd Sabotaż (2014)
Gdy po ośmioletnim "gubernatorowaniu" Kalifornii Arnold Schwarzenegger postanowił odkurzyć zawód aktora, zapewne nie spodziewał się tak ciężkiego powrotu. Zapowiadające wielki come back przyjemne epizody z "Niezniszczalnych" szybko okazały się miłym złego początkiem. Skandal obyczajowy niemal zachwiał jego karierą. "Likwidator" - choć przyzwoity - ani nie wyróżniał się z tłumu sobie podobnych, ani nie zarobił kokosów w kinach. Z kolei "Plan ucieczki" przeszedł przez branżę bez większego ciśnienia. "Sabotaż" rokował na przerwanie kiepskiej passy aktora. W końcu za kamerą stanął David Ayer, twórca udanych "Bogów ulicy", scenarzysta świetnego "Dnia próby", a Arnie jak to Arnie - w kipiącym testosteronem kinie akcji zawsze sprawdzał się wybornie.

Fabuła koncentruje się wokół specjalnej jednostki śledczej DEA, której szefuje "Breacher" (Schwarzenegger). Bohaterowie okradają niebezpieczny kartel narkotykowy, czym doprowadzają do wydania na siebie wyroku śmierci. Intryga, spisek, zdrady, brudne sprawy organów ścigania, brutalne zasady światka, znane tylko jego członkom - brzmi znajomo? Te elementy raz z lepszym, raz z gorszym efektem w dużej mierze charakteryzują filmy Ayera. Co jednak nie zagrało?

photo.title

Już na starcie zostajemy spoliczkowani katastrofalnie napisanymi postaciami. Naszych bohaterów ani nie można polubić, ani się z nimi utożsamić. Film kreuje ich na bandę zwyrodnialców, od których emanuje wrogością i agresją. Im dłużej oglądamy na ekranie te cwaniackie akcje, mocno zakraplane imprezy i pozerskie rozmowy o tym, kto jest większym kozakiem (i w których pewne popularne słowo na "f" służy za przecinek), tym bardziej mamy wrażenie, iż należy im się kaftan bezpieczeństwa oraz kula u nogi, a nie odznaka. Twórcy zaś każą nam myśleć, że to najlepsi w swoim fachu funkcjonariusze DEA. Jakby tego było mało, postacie nie zostały nakreślone nawet pół cechą, dzięki której widz poczułby jakąkolwiek namiastkę więzi z nimi. Ja naprawdę zdaję sobie sprawę, że w wąskich ramach kina rozrywkowego nie da się stworzyć głębokich sylwetek person drugoplanowych. Nie mniej jednak nie przeszkadzało to Jamesowi Cameronowi w "Obcym", czy Johnowi McTiernanowi w "Predatorze" spłodzić drużyny, ociekające chemią, zajebistością i wyrazistymi charakterami. W przypadku "Sabotażu" o naszych policjantach wiemy tylko tyle, że jeden robi tatuaże, drugi ma byłe żony, trzeci nosi śmieszną kozią bródkę (no niech będzie, że temu akurat naszkicowali trochę prowizorycznej osobowości), czwarty grał w "Zagubionych", piąty jest murzynem, a szósty kobietą.

Pozostaje więc liczyć na Schwarzeneggera, bowiem nawet słabe filmy z jego udziałem nabierały w oczach kolorytu, gdy idealnie wpasowywały się w emploi mięśniaka z Austrii. Niestety, nawet Arnie nie uciągnie "Sabotażu". Jego protagonista diametralnie różni się od tego, za co uwielbiamy bohatera dzieciństwa wielu z nas. "Breacher" to rola dość dramatyczna, z mrocznym wątkiem przeszłości i niejako rozterkami moralnymi. W połączeniu z kiepskim jej prowadzeniem daje pretensjonalny efekt. W dodatku na pewien długi czas Arnold znika z centrum i przewija się gdzieś na odległym drugim planie, ustępując miejsca funkcjonariuszce śledczej, Caroline Brentwood (Olivia Williams). Osoba ta mogła być niezłym wyważeniem dla całej tej bandy osiłków z DEA, lecz i w tym przypadku scenarzysta ubrał ją w cechy twardzielki z butnymi odzywkami. Na tle tylu chybień zaskakująco udanie prezentuje się duet Williams-Schwarzenegger, kiedy to wydarzenia w filmie zmuszą ich postacie do wspólnego działania.

photo.title

To jednak co rozgrywa się na ekranie, trudno zostawić bez wymownego komentarza. Scenariusz jest zbiorem bezsensów (zarówno w przypadku zachowań postaci, jak i zwrotów akcji), cechujących z reguły tytuły niższego sortu. Absurdy są tak duże, że trudno spoglądać na nie przymkniętym okiem, nawet po wzięciu je w nawias przez konwencję filmu. Ponadto, widoczne jest pokłosie ingerencji niezadowolonych producentów, którzy w postprodukcji przemontowali materiał na większą demonstrację kina akcji, kosztem oryginalnego ponurego kryminału. W rezultacie nie tylko boleje narracja, ale film nieudolnie balansuje na krawędzi wspomnianych gatunków, niebezpiecznie wkraczając na wody niezamierzonego kiczu. Efekt ten potęguje przeszarżowana ekspozycja dosłownej brutalności. Zwisające wnętrzności z przybitych zwłok czy umieszczenie związanego trupa w lodówce to elementy kojarzące się z umownie kręconymi slasherami. "Sabotaż" jest jednak kinem poważnym, które w założeniach z groteską nie miało mieć nic wspólnego.

Co zaś ze środkami, które do tej pory w filmach Ayera działały bez zarzutu? Mowa oczywiście o klimacie oraz wątkach ciemnych spraw organów ścigania. W końcu dzięki nim nawet słabi "Królowie ulicy" wyrosły na strawnego, acz wciąż nieszałowego, policyjnego sensacyjniaka. W recenzowanym tytule twórcy jednak stracili poczucie sytuacji i kompletnie zatopili się w otchłaniach pretensjonalności oraz b-klasowych motywów. Owy bezmiar dosięga nie tylko twistów fabularnych intrygi, ale także sposobu budowania aury. Dlatego też "Sabotażowe" kartele są ultraniebezpieczne i megawszechpotężne, postacie opowiadają sobie mroczne historie, a światek handlarzy narkotyków lansowany jest jako tajemniczy krąg, znany tylko nielicznym. Wszystko podane w tak nabuzowany sposób, że już bardziej wiarygodna staje się scenka, gdzie Arnold nagle ulatnia się z miejsca niczym Batman (sic!).

photo.title

Koniec końców trzeba jednak zaznaczyć, że filmowi sporo brakuje do Produkcji Bardzo Złej. Ma kilka przyzwoitych momentów (niezła sekwencja akcji w blokowisku), a po obejrzeniu widz ani nie będzie miał koszmarów, ani traumy do końca życia. To po prostu kino niższej półki, które w normalnych okolicznościach od razu trafiłoby na rynek DVD. Tymczasem dziwnym trafem dostało się na duży ekran z milionami w budżecie oraz mniej lub bardziej znanymi nazwiskami na liście płac.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (50 głosów).
Freeman47
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię