Recenzja filmu Viva (2015)
Paddy Breathnach

Męczeństwo Jesusa

Zawarte w "Vivie" rozważania nad kultem machismo tracą na atrakcyjności tym bardziej,  gdy pomyśli się o nich w kontekście – znanego również z polskich kin –"Epokowego projektu". W czarno-białym, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Viva (2015)
Irlandzki reżyser Paddy Breathnach zabiera nas w podróż na Kubę. Niestety, jego optyka niczym nie różni się od perspektywy turysty uzbrojonego w aparat fotograficzny i garść stereotypów. W związku z tym nie ma szans, by "Viva" stanowiła pretekst do interesującej refleksji nad kubańską mentalnością. Zamiast tego film Breathnacha przynosi nam świadectwo płytkiej fascynacji egzotyką wyspy, której mieszkańcy rozwiązują problemy przez śpiewanie melancholijnych pieśni bądź walenie się po gębach.

photo.title

Zawarte w "Vivie" rozważania nad kultem machismo tracą na atrakcyjności tym bardziej,  gdy pomyśli się o nich w kontekście – znanego również z polskich kin – "Epokowego projektu". W czarno-białym, ostentacyjnie nieefektownym filmie Carlos Quintela opowiedział o różnych sposobach, na jakie komunistyczny reżim zniszczył życie kilku pokoleń mężczyzn. Choć Breathnachowi przyświecają podobne ambicje, wyraźnie brakuje mu, charakteryzującej kubańskiego kolegę po fachu, zdolności do tworzenia złożonych psychologicznie postaci. Pal licho, że niezbyt autentycznie prezentują się osoby z otoczenia głównych bohaterów, takie jak egoistyczna i epatująca seksem krewna czy wyrozumiały ponad miarę szef. Gorzej, że podobny zarzut można wysnuć również pod adresem samych protagonistów. Reżyser "Vivy" cały swój film opiera na kontraście pomiędzy postaciami ojca i syna. Jeśli Angel jest zniszczonym przez alkohol przegranym bokserem, Jesus musi okazać się nadwrażliwym homoseksualistą udzielającym się jako drag queen. W opartym na jaskrawych opozycjach filmie ukazanie w pozytywnym świetle młodszego z mężczyzn musi wiązać się z całkowitą demonizacją jego rodzica, który traktuje syna jak zagorzałego przeciwnika. Gdy między tą niedopasowaną do siebie dwójką następuje w końcu pojednanie, musi ono zatem sprawiać wrażenie nieszczerego, osiągniętego za pomocą szantażu emocjonalnego i scenariuszowego wytrychu.

photo.title

Choć spora część akcji "Vivy" toczy się w klubie drag queen, Breathnach w żaden sposób nie potrafi wykorzystać atutów tej osobliwej przestrzeni. Jesus interesuje reżysera głównie jako męczennik na ołtarzu własnej odmienności, wobec czego trudno dostrzec w filmie – deklarowaną przez bohatera – radość czerpaną ze śpiewania. Irlandzki twórca nie decyduje się również na wyeksponowanie nieodłącznej dla portretowanej subkultury i opiewanej często przez kino skłonności do kampowej przesady i prowokacyjnego dowcipu. Decyzję tę zrozumieć tym trudniej, że Breathnach – filmowiec nagradzany na festiwalach w San Sebastian i Salonikach – w rodzinnej Irlandii wsławił się przecież realizacją kilku niezależnych komedii. Niestety, w świecie "Vivy" w miejsce ożywczego humoru pojawia się patos i egzaltacja widoczna w takich wypowiedziach reżysera jak: "Chciałem opowiedzieć historię będącą przykładem na to, że światło można znaleźć w ciemnym miejscu i że to, co postrzega się jako słabość, może być prawdziwą siłą".

Natłok tego rodzaju poczciwych banałów sprawia, że film Breathnacha musi sprawiać dyskomfort jako przesadnie bezpieczne, jakby zawstydzone samym sobą i poddające się nieustannej autocenzurze. Być może z tego tytułu przejdzie nawet do historii kina jako najbardziej zachowawczy film o światku drag queen. Choć swego czasu opowieść Breathnacha spodobała się na festiwalu Sundance, a nawet trafiła na oscarową shortlistę, trzeba wyraźnie powiedzieć, że zamiast aplauzu, powinna wzbudzić raczej gwizdy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 29% uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię