Recenzja wyd. DVD filmu

Wczoraj, dziś, jutro (1963)
Vittorio De Sica
Sophia Loren
Marcello Mastroianni

Film od kuchni, czyli jak zostałam miłośniczką włoskich dań

Kiedy Vittorio De Sica otrzymał w 1964 roku Oscara w kategorii "najlepszy film zagraniczny" za komedię "Wczoraj, dziś, jutro", włoscy krytycy wprost nie mogli wyjść z podziwu, że tak "przeciętne ...
Kiedy Vittorio De Sica otrzymał w 1964 roku Oscara w kategorii "najlepszy film zagraniczny" za komedię "Wczoraj, dziś, jutro", włoscy krytycy wprost nie mogli wyjść z podziwu, że tak "przeciętne danie ich rodzimej kuchni filmowej" mogło wzbudzić tak wielki zachwyt wśród członków Akademii – znawców i piewców tego, co najlepsze. Jednak każdy, kto choć trochę interesuje się gotowaniem, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nawet prostym posiłkiem można zachwycić wymagające podniebienia – potrzebne są tylko dobrej jakości składniki i odpowiednia technika przyrządzania. Ogromne znaczenie ma również sposób podania. Podobnie rzecz się ma z robieniem filmów.

W warstwie fabularnej "Wczoraj, dziś, jutro" to trzy opowieści, będące trzema kobiecymi portretami, szkicowanymi przez Sophię Loren, której partneruje Marcello Mastroianni. Pierwsza z nich – inspirowana historią Concetty Mucardi (w pewnych kręgach znanej jako "Czarnorynkowa Connie") – opowiada o życiu Adeliny Sbaratti, ubogiej neapolitanki, która podobnie jak wiele innych mieszkanek Forcelli żyje ze sprzedaży papierosów pochodzących z kontrabandy. Jej mąż stracił pracę, w domu czeka kilkuletnie dziecko, które trzeba ubrać i nakarmić, kolejne zaś przygotowuje się do przyjścia na świat. Jakby tego było mało, rodzina tonie w długach, a komornik coraz głośnie upomina się o pieniądze. Wizja pobytu za kratkami z każdym dniem staje się zatem bardziej realna. Na szczęście powiedzenie, że nie ma sytuacji bez wyjścia, ma tym wypadku przełożenie na rzeczywistość – Adelina dowiaduje się, że będąc w ciąży, nie może zostać skazana na karę więzienia. Wspólnie z mężem starają się więc o to, aby co dziewięć miesięcy począć nowego Sbarattiego i kupić tym samym kolejne chwile wolności. Jednak nic nie trwa wiecznie. W pewnym momencie Carmine zwyczajnie nie wytrzymuje szaleńczego tempa ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości i nawet lekarz, zielarz i cudowne medykamenty z zagranicy nie są w stanie mu pomóc.

Kiedy kręcono zdjęcia do filmu "Wczoraj, dziś, jutro", Sophia Loren dobiegała trzydziestki. Aktorka wspomina ten moment jako życiowy przełom – czas, kiedy każda kobieta robi podsumowanie tego, co udało się jej osiągnąć: zarówno w sferze zawodowej, jak i osobistej. Wcielając się w postać Adeliny (która przez większość czasu nosiła pod sukienką ogromną poduszkę, mającą imitować brzuch kobiety w zaawansowanej ciąży), aktorka dowiedziała się, że ona sama również zostanie matką. Być może właśnie z tego powodu stworzyła postać tak realną i wyrazistą: kobietę akceptującą swój stan i swoje ciało, emanującą niewymuszonym wewnętrznym pięknem i pewnością siebie. Jednak Adelina w wykonaniu Sophii Loren to przede wszystkim neapolitanka z krwi i kości: spontaniczna, niezwykle ekspresyjna, nie dusząca niczego w sobie, przystępująca od razu do działania. Jednocześnie niezwykle radosna i pełna entuzjazmu. Aktorka uwydatniła więc wszystko, co tak typowe dla mieszkańców tej części Włoch. Marcello Mastroianni w roli męża, którego potencja dobiegła kresu, umiejętnie dotrzymywał jej kroku. Dzięki temu, że grał w efektownym kontraście do Loren (spokojnie, wręcz ulegle), wspólnie udało im się osiągnąć stan pełnej równowagi.

Jak zostało zasygnalizowane na samym początku, oprócz dobrej jakości składników i odpowiedniej techniki liczy się również umiejętne podanie. Pod tym względem, Armando Trovajoli i Giuseppe Rotunno spisali się naprawdę znakomicie! Zdjęcia budzącej się do życia czy skąpanej w słońcu Forcelli, wraz z jej wąskimi i wydeptanymi uliczkami, starymi kamienicami i ciemnymi zaułkami skrywającymi zapewne niejedną tajemnicę, w pełni oddają klimat tej jednej z najstarszych dzielnic Neapolu. Potęguje go dodatkowo muzyka – cudownie zwiewna, świeża i delikatna. Jeśli można tę opowieść porównać do którejś z typowo włoskich potraw, bez wątpienia będzie to spaghetti w sosie neapolitańskim – danie stosunkowo lekkie, bardzo proste w przygotowaniu i jednocześnie wyborne w smaku.

Kolejna część, "Anna", przenosi nas ze skąpanej słońcem Forcelli na ruchliwe ulice Mediolanu, które tytułowa bohaterka – wystrojona od stóp do głów w kreacje Diora – przemierza najnowszym modelem Rolls Royce’a. Anna może pozwolić sobie na takie luksusy, gdyż jest żoną niejakiego Molteni – milionera, jednego z największych mediolańskich potentatów. Przebywanie z ludźmi, dla których praca jest treścią życia, a bogami pieniądze i sukces, zaczyna ją jednak nudzić. Pragnie przeżyć coś niezwykłego i ekscytującego, poczuć prawdziwy dreszcz emocji. Zaczyna więc spotykać się z Renzo, przystojnym, lecz biednym jak mysz kościelna pisarzem. W trakcie ich wspólnej przejażdżki, kiedy mężczyzna pragnie udowodnić kochance, że tak naprawdę niczym nie różni się ona od swojego męża (Pieniądze są nie tylko dookoła ciebie, ale także w tobie) i wszystkie jej pragnienia są jedynie chwilowym kaprysem, ta nie chce przyznać mu racji. Wypadki, które mają miejsce po drodze, zdają się jednak potwierdzać hipotezę spostrzegawczego literata. Sposób, w jaki bohaterka wchodzi w relacje z innymi ludźmi, niczym nie różni się bowiem od czynności kupowania, poprzedzonej dokonaniem wyceny. Potem następuje już tylko faza użytkowania, a więc sycenia się – tak, aby wypełnić ogromną, wewnętrzną pustkę. Renzo, który nie chciał być jedynie wyceniony, kupiony i zużyty, i jednocześnie nie potrafił zdobyć się na nic więcej aniżeli słowa, odetchnął z ulgą, gdy został w końcu odepchnięty.

Czytając opowiadanie Alberto Moravii ("Zbyt bogata"), na podstawie którego powstał scenariusz do tej części filmu, można odnieść wrażenie, że przecież nic się tam nie dzieje. Ot, rozmowa kobiety i mężczyzny, pochodzących z zupełnie różnych światów. To, co zobaczyłam na ekranie, świetnie pokazuje, iż scenariusz jest jedynie zarysem tego, co można potem stworzyć na planie. Końcowy kształt filmu zależy bowiem zawsze od talentu reżysera i brawury aktorów. Również w tym wypadku współpraca tercetu De Sica-Loren-Mastroianni zaowocowała czymś wybornym – zupełnie jak risotto alla milanese z dodatkiem drogocennego szafranu i wykwintnego białego wina.

Z zatłoczonych ulic Mediolanu udajemy się do Rzymu. Tam poznajemy Marę, ekskluzywną call-girl, do której przyjeżdżają klienci z całych Włoch – w tym Augusto Rusconi, zamożny przedsiębiorca z Bolonii. Oprócz spędzania czasu z klientami kobieta spotyka się również ze swoim sąsiadem Umberto (Gianni Ridolfi) – młodym seminarzystą, przygotowującym się do wstąpienia na drogę kapłaństwa. Niestety, wspólne rozmowy dwojga młodych ludzi stają się dla nich źródłem poważnych problemów, gdyż chłopak zaczyna mieć wątpliwości co do słuszności podjętych decyzji…

Piękna i budząca namiętność Mara rozkochuje w sobie jednak nie tylko seminarzystę i Rusconiego, ale całą męską widownię zgromadzoną wokół ekranów – wszystko za sprawą pewnej sceny, zaliczanej do jednej z najsłynniejszych w historii (włoskiego) kina. Scena ta przedstawia wspomnianego już Augusto, który – podekscytowany niczym młody chłopiec na wieść o tym, że zaraz otrzyma upragnioną zabawkę – siedzi na łóżku, niecierpliwie czekając na to, co się wydarzy. Rolety w oknach zostały już opuszczone, cały pokój wypełnia muzyka ("Abat-jour" Henry’ego Weighta) płynąca z gramofonu. Mara uśmiecha się od niego zalotnie, on odwzajemnia ten uśmiech. Chwilę później kobieta pozwala mu już tylko się oglądać… Dręcząco powoli i niezwykle zmysłowo zdejmuje kolejne elementy swojej garderoby, pozwalając na to, aby każda część jej stroju kołysała się prowokacyjnie przed oczami mężczyzny, a jej ciało kołysało się płynnie w rytm pulsującej muzyki (słowa Sophii Loren, za: A.E. Hotcher, Sophia: Living and Loving. Her Own Story). Emanuje przy tym tak intensywną, wyzywającą zmysłowością, że doprowadza swą jednoosobową widownię do prawdziwej ekstazy. Rusconi, ocierając pot z twarzy, dosłownie zaczyna wyć z zachwytu!

Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o Piero Tosim, projektancie kostiumów. Ubrał on Sophię Loren w dwie warstwy eleganckiej, czarnej bielizny - począwszy od ciasno przylegającego gorsetu i jedwabnych pończoch, na biustonoszu i figach kończąc. Strój ten dawał niemal pełny obraz zjawiskowej figury aktorki oraz jej bajecznie długich i niezwykle zgrabnych nóg. Jeśli więc "Adelinę" można porównać do klasycznego spaghetti w sosie neapolitańskim, "Annę" do nieco bardziej wyszukanego risotto alla milanese, to "Mara" jest jak prawdziwe, włoskie tiramisu! Deser tak zachwycający, że na wieść o tym, że dokładki nie będzie, można co najwyżej zrobić minę à la Mastroianni, pytając pełnym niedowierzaniem głosem: Cosa?! (Co?!).

Reasumując: nawet prostą potrawą można zachwycić. Trzeba tylko być artystą w tym, co się robi. A Vittorio De Sice, Sophii Loren i Marcello Mastroianniemu artyzmu nie sposób odmówić. Tak więc pozostaje życzyć smacznego!
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
90% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
Udostępnij: