Recenzja filmu

Wilk w owczej skórze (2016)
Andrey Galat
Maxim Volkov
Otar Saralidze
Klaudiusz Kaufmann

Młode wilki

"Wilk w owczej skórze" próbuje udawać amerykańskie animacje Disneya i Pixara, ale jego twórcom brakuje odwagi i wizji, która pozwoliłaby choć na chwilę wyjść się z wytartych dramaturgicznych ...
"Wilk w owczej skórze" próbuje udawać amerykańskie animacje Disneya i Pixara, ale jego twórcom brakuje odwagi i wizji, która pozwoliłaby choć na chwilę wyjść się z wytartych dramaturgicznych ścieżek. Animacja Andreya Galata i Maxima Volkova okazuje się przez to filmem wtórnym i męcząco nieśmiesznym. 

 

Kiedy stary wódz wilczego stada postanawia udać się na zasłużoną emeryturę, przed młodymi samcami otwiera się szansa na przejęcie schedy po nim. O prawo do wilczego tronu mają powalczyć dwaj pretendenci – Szary, niedojrzały młodzieniec, który wszystko traktuje jak żart, oraz brutalny Ragear. Ten ostatni po objęciu władzy chce wypowiedzieć wojnę słabszym gatunkom i przywrócić  krwawe polowania na owce z pobliskich pastwisk. Aby go powstrzymać, Szary musi przejść przemianę. Ale ta ostatnia przebiega inaczej, niż oczekiwał – kiedy młody wilk wypija eliksir przygotowany przez ekscentryczną czarodziejkę, następnego dnia budzi się w ciele owcy. 

Galat i Volkov nie bawią się w subtelności – pełnymi garściami czerpią z bajek swych amerykańskich kolegów po fachu. "Wilk w owczej skórze" to dziwaczna hybryda "Króla Lwa", "Nowych szat króla" i "Kung Fu Pandy 3". Rosyjscy twórcy nawet nie silą się na oryginalność i kleją swoją opowieść z dramaturgicznych półproduktów. 

Mają przy tym problem z zawiązywaniem filmowej intrygi – mechanicznie przechodzą z jednego rozdziału opowieści do kolejnego, a dramaturgiczna nić łącząca wszystkie wątki jest bardzo wątła. Zamiast wypełnić film przygodami i wyzwaniami, które stają przed bohaterami, twórcy "Wilka…" stawiają na dialogi – przegadane, męczące, przydługie. Mimo że polski tłumacz i reżyser dubbingu dwoją się i troją, by włożyć w usta bohaterów trochę dowcipnych fraz i tchnąć życie w tę historię, są w tej walce bez szans. Bo autorzy "Wilka…" zamiast na efektowne komediowe puenty i dowcipne dialogi postawili na slapstick. Bohaterowie animacji ciągle się przewracają, potykają i uderzają w gałęzie. Feeria tego typu wygłupów wystarcza, by rozbawić czterolatków, ale starszą publiczność pozostawi obojętnych.

   

"Wilk w owczej skórze" również na poziomie plastycznej formy próbuje udawać amerykańską animację. Podczas gdy Skandynawowie, Japończycy czy twórcy z Wielkiej Brytanii poszukują własnego stylu i wizualnej wizji, Galat i Volkov próbują kopiować Disneya i Pixara, ale efekt ich pracy w oczywisty sposób okazuje się gorszy niż pierwowzory zza oceanu. 

Ale od technicznych niedociągnięć bardziej bolesna jest intelektualna anachroniczność ich dzieła. Bo "Wilk w owczej skórze" to bajka seksistowska jak tweety Ziemkiewicza i żarty o blondynkach. Podczas gdy w Hollywood studia filmowe od lat produkują emancypacyjne opowieści o dzielnych dziewczynkach przełamujących reguły patriarchalnego świata, w "Wilku…" zadaniem żeńskich bohaterek (wilczyce mają tu kształty Moniki Bellucci) jest ozdabianie ekranu, wzdychanie do dzielnych chłopców i czekanie na to, że kiedyś się im oświadczą. Widać XXI wiek nie dotarł jeszcze do świadomości niektórych twórców. 
1 10
Moja ocena:
3
Bartosz Staszczyszyn
Rocznik '83. Krytyk filmowy i literacki, dziennikarz. Ukończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i miesięcznika "Film". Publikował m.in. w... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
49% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (37 głosów).
Udostępnij: