Recenzja serialu House of Cards (2013)
David Fincher
James Foley

W świecie polityki

Od zawsze podchodziłem bardzo sceptycznie do jakichkolwiek seriali, kojarzą mi się one z rozległymi tasiemcami, a zdecydowanie nie jestem człowiekiem, który ma ochotę poświęcać wiele godzin na ...
Filmweb sp. z o.o.
Od zawsze podchodziłem bardzo sceptycznie do jakichkolwiek seriali, kojarzą mi się one z rozległymi tasiemcami, a zdecydowanie nie jestem człowiekiem, który ma ochotę poświęcać wiele godzin na nudne historie. Po usłyszeniu wielu polecających głosów zdecydowałem się jednak obejrzeć "House of Cards". Nie zawiodłem się.

Już na samym wstępie serial intryguje. Kongresmen Frank Underwood (Kevin Spacey), człowiek o wielkiej władzy i sile, zostaje poinformowany, że stanowisko, które zostało mu obiecane przez prezydenta-elekta obejmie ktoś inny. Pod naciskiem swojej apatycznej i oziębłej żony planuje zemstę. W jej realizacji pomagają mu jego najbliższy współpracownik Doug Stamper (Michael Kelly), młoda, ambitna i seksowna wielbicielka Twittera oraz początkująca dziennikarka Zoe Barnes (Kate Mara) i ciągle wpadający w kłopoty z powodu swoich uzależnień, kongresmen – marionetka Peter Russo (Corey Stoll). Intryga starannie uknuta przez głównego bohatera jest powoli wprowadzana w życie, choć pierwsze efekty widoczne są już w drugim odcinku.

Nie będę ukrywał, że to wielkie nazwiska przede wszystkim skłoniły mnie do obejrzenia "House of Cards". Kolejna rewelacyjna i niepowtarzalna kreacja Kevina Spaceya połączona z bardzo charakterystycznym, fincherowskim klimatem pierwszych odcinków nie może przejść niezauważona. W zasadzie nie można znaleźć w tym serialu słabego punktu.

Najbardziej przypadły mi do gustu liczne ujęcia en face, w ramach, których główny bohater tłumaczy, co zamierza zrobić lub jaką gafę za chwilę ktoś prawdopodobnie popełni. Wytwarza to pewnego rodzaju relację mentorską pomiędzy mistrzem Frankiem Underwoodem a widzem, który odbiera lekcję manipulowania ludźmi. Cały serial przebija na tym polu nawet biblię manipulatorów – "Księcia" Machiavellego.

Do gustu przypadła mi szczególnie powtarzająca się scena, w której państwo Underwoodowie palą razem papierosy przy oknie i rozmawiają o dniu, którym właśnie się zakończył. Niemal za każdym razem jest ona przedstawiona z innego ujęcia, przy odmiennej pracy kamery. Dzięki temu można zobaczyć, jak wielu reżyserów pracowało nad tym serialem, jak wiele wizji i pomysłów mieli.
Jeśli już miałbym szukać czegoś, czego w "House of Cards" mi zabrakło, to powiedziałbym, że odrobiny rywalizacji. Praktycznie nie ma postaci równie potężnej i władczej co główny bohater. Niemal przez całą pierwszą serię intryga jest realizowana bez żadnych utrudnień czy przeszkód. Nie oznacza to, że brakuje emocji. Fabuła wciąga niesamowicie, ale w mojej opinii można by ją jeszcze odrobinę wzbogacić.

Mogę śmiało powiedzieć, że serial ten spełnił nawet moje wygórowane oczekiwania. Ma wszystko, czego mu potrzeba, a do tego potrafi nauczyć kilku rzeczy, takich jak kontrolowanie i manipulowanie ludźmi. Polityka nie zawsze musi być nudna.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 74% uznało tę recenzję za pomocną (172 głosy).
Michal_Janota
ocenia ten serial na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię