Zacznijmy od tego, że ten serial naprawdę warto obejrzeć. Ma w sobie coś, co przywołuje klimat dawnych animacji, ale jednocześnie jest zrealizowany z wyjątkowym rozmachem i świeżym podejściem. Styl graficzny przyciąga uwagę – kreska, choć miejscami widać drobne błędy, ma swój charakter i energię. Te niedociągnięcia wynikają raczej z ograniczeń budżetowych i pewnych problemów produkcyjnych, o których jeszcze wspomnę.
Jednak to, co wyróżnia Jentry Chau vs. The Underworld na tle innych współczesnych animacji, to bogata warstwa kulturowa i audiowizualna. Serial czerpie garściami z azjatyckiej mitologii i demonologii – odnajdziemy tu inspiracje z wierzeń chińskich, japońskich oraz koreańskich. Świat przedstawiony tętni życiem i duchową symboliką, pełen jest demonów, duchów, rytuałów i motywów zaczerpniętych z mitologii Wschodu, ale jednocześnie ujętych w nowoczesny, dynamiczny sposób. To nie tylko estetyka – to świat zbudowany na konkretnej strukturze wierzeń i znaczeń, która nadaje całości dodatkowej głębi.
Do tego dochodzi muzyka, która zasługuje na osobne wyróżnienie. Została napisana specjalnie z myślą o tym serialu – to nie przypadkowa ścieżka dźwiękowa, ale kompletna, świadomie skomponowana playlista, która działa jak dusza tej animacji. I naprawdę – momentami aż przechodzą ciarki. Muzyka nie tylko towarzyszy wydarzeniom – ona je prowadzi. W wielu scenach to właśnie dźwięk wyznacza rytm i ton animacji. Natężenie, brzmienie, emocjonalna intensywność muzyki pokazują stany wewnętrzne bohaterów, emocje Jentry, atmosferę scen – od napięcia po czysty ogień. W kluczowych momentach to muzyka „ciągnie” obraz, nie odwrotnie. To rzadko spotykane i zasługuje na ogromne uznanie.
Szczególnie warto pochwalić intro. Właściwie: tak się robi dobre intro. Wciągające, z pazurem, z motywem muzycznym, który wraca później w samej fabule – np. podczas finałowej walki z głównym bossem. To robi ogromne wrażenie i pokazuje, że twórcy naprawdę wiedzieli, co robią. Dosłownie w każdym odcinku oglądałem intro, a czasem je powtarzałem po kilka razy, bo jest niesamowite!
Oczywiście, nie wszystko jest idealne. Styl bywa momentami nierówny, a sama główna bohaterka podejmuje decyzje, które fabularnie mogą wydać się nieco problematyczne. Ale moim zdaniem to bardziej wynika z faktu, że twórczyni serialu – Echo Wu – nie ma jeszcze dużego doświadczenia. To jej pierwszy większy projekt.
Na minus zasługuje też wątek romantyczny. Trójkąt miłosny, który pojawia się w fabule, jest dość niezręczny, miejscami wręcz przerysowany. Zamiast budować napięcie i emocje, momentami sprawia wrażenie nie do końca przemyślanego.
To trochę marnuje potencjał i kontrastuje na minus z resztą dobrze zaprojektowanego świata.
Mimo tego – Jentry Chau vs. The Underworld (Polskie tłumaczenie jest dziwne kontra potwory? Wystarczyło zapisać kontra zaświaty.) to serial, który warto zobaczyć. Jest dynamiczny, zabawny, pełen kulturowej głębi i znakomicie udźwiękowiony. Jeśli szukasz czegoś świeżego, z duszą, klimatem i dobrze wyważoną dawką akcji, to zdecydowanie warto dać mu szansę.
Całość obejrzałem, zaczynając późnym wieczorem i kończąc kilka minut po czwartej rano.
Gorąco polecam obejrzeć!