Oglądając "The Death of Bunny Munro " towarzyszyły mi podobne uczucia jak podczas czytania "Pianistki" Jelinek. Ten serial to podobny kaliber - postaci irytują, wywołują niechęć i złość.
Mimo to ich historia wciąga i prowokuje do rozmyślań.
Dla mnie nie tyle jest to serial o facecie uzależnionym od seksu, ile o...
serial, który jest Jakiś. Nie jest to może arcydzieło ale w czasie obecnego marazmu, zasługuje nawet na 9 gwiazdek. Sporo klimatów American Gods, ale jest nawet lepszy. Muzyka, nawet będący od lat bez formy Nick postarał się, choć irlandzkie motywy mógłby sobie darować. Ale to tylko moje zdanie może ktoś lubi.